Archives for posts with tag: Mariusz Treliński

– Ciekawe, kto się odważy przyznać, że król jest nagi. I na dodatek niezbyt hojnie wyposażony…

– Nie nagi, tylko „preferuje naturystyczny minimalizm modowy”, i nie „niezbyt hojnie wyposażony”, tylko „ma specjalne potrzeby erotyczne”.

 

– Panie w lateksie i koronkach straszą już przed wejściem na salę… Gust mistrza dyrektora – nie do pomylenia.

– Właściwie po co one były ? Bo myślałem, że rozdawać będą czekoladki, a tu takie rozczarowanie!

– O, też myślałem, że czekoladki, więc wychodząc, podszedłem i zapytałem, co tam ma w tym woreczku czerwonym, no i się okazało, że… kosmetyki! Bez sensu.

– Przecież do opery przychodzimy wygłodniałe, ale już umalowane! BEZ SENSU!

 

 

 

– Byle tylko nie stało się tak, że potencjalnie każdy, kogo nie lubi obecna władza, a kto może komuś nadwrażliwemu wydać się jakkolwiek kontrowersyjny, stanie się największym obrońcą dobra, piękna i prawdy.

– Na przykład taki Treliński, niegospodarny koniunkturalista, który swoją obecną pozycję zawdzięcza pewnie głównie temu, że w polskiej kulturze lata 90. – głodne Zachodu i Hameryki – potrwały co najmniej do 2015 roku, a może i trwają nadal.

– Strach się bać. Jeżeli on – który zresztą wspomnianą arię fellatio zamienił na arię penetratio, chyba żeby było bardziej po bożemu – miałby teraz wyjść na bezkompromisowego bojownika o sztukę i wolność, to wtedy dopiero będzie się trzeba załamać i stwierdzić za poetą „że nie ma granicy rozkładu”.

– Nie sądziłem, że to powiem, ale z dwojga złego, to niech on sobie dalej udzielnie włada w tym teatrze, bo jak go usuną, to – jako męczennik, a może i święty – dopiero będzie nie do zniesienia.

– Byłem w Paryżu na „Sinobrodym” według Warlikowskiego. Publika padła na kolana.

– Warszawscy klakierzy nie mogą paść przed Trelińskim na kolana, bo już leżą przed nim krzyżem.

– Mariusz Treliński – Zamek Sinobrodego.

– Co?

– Mariusz Treliński – Zamek Sinobrodego.

– Słyszę, ale o co chodzi?

– Jest napisane „Zamek Sinobrodego. Mariusz Treliński”. A myślałem, że to Bartók.

– Treliński już od paru lat zjada swój własny ogon.

– Że zjada, to pół biedy; gorzej, że jednocześnie wydala.

– I całe te wielkie castingi na tancerzy-statystów wykonujących obsceniczne tańce i gesty po to, żeby ustawić ich w kabinach w półmroku za zamazanymi szybkami.

– Mógł tak nie mazać tych szybek, to byłoby widać.

– Nie mógł nie mazać, bo wiesz. Wtedy byłoby  w i d a ć!

– Zabawny zbieg okoliczności, że ty i Robak z Japka macie urodziny tego samego dnia.

– I mistrz Treliński też.

– Mógłbyś do niego pójść i powiedzieć: „Mistrzu, jestem tak wielkim admiratorem pańskiego dzieła, że zmieniłem sobie urzędowo datę urodzenia na taką samą jak pańska. I pesel, tak żeby sumował mi się do liczby, dajmy na to, dziewiętnaście, bo T jest dziewiętnastą literą alfabetu”.

Obaj cicho liczymy. Doliczywszy się, kontynuuję:

– T jest faktycznie dziewiętnastą literą alfabetu, jeśli nie liczyć Q.

– Ale trafiłeś! A ty wiesz, jak ja liczyłem? A, B, C, D, E, F, G, A, H, C… I dopiero jak byłem znowu któryś przy tym C, to się zorientowałem, że coś jest nie tak.

– A wiesz już, co tam dalej jest po G…?

– Zastanawiam się…

– I co, wymyśliłeś?

– Wiem! I, J, K.

– W tym przypadku to raczej „idiotka”.

– Tak. Nie jest dobrze.

– Chociaż do Trelińskiego do pasuje – błąd na poziomie skali, na poziomie alfabetu.