Archives for posts with tag: marynarka

Wieczór w operze. Premiera nieznanego opero-baletu Berlioza, osnutego na motywach mitologicznych i szekspirowskich jednocześnie, z bombastyczną obsadą – iluś solistów, kilka chórów, dzieci, tancerze, mimowie, kaskaderzy – potwornie długiego, za to kompletnie adramatycznego, coś w stylu kantaty w warstwie brzmieniowej z cyrkiem w wizualnej, czyli w sumie bardzo francuskie dzieło. Przedstawienie odbywało się w sali kameralnej Teatru Wielkiego-Opery Narodowej, która bardziej przypominała parter Opery Krakowskiej, a gmatwanina korytarzy była podobna do TW-ON tylko swoim skomplikowaniem, podczas gdy z wyglądu stanowiła mieszankę korytarzy z wielu oper, w których byłem i nie byłem, które są i których nie ma.

Inscenizacja była nadmiarowa, wykonanie średnie; niewydolnych śpiewaków wzmacniano niezbyt subtelnym systemem mikrofonów i głośników. Wśród solistów był znajomy muzykolog, ale jego występ był tak dziwny, że nie mogłem się zdecydować, czy pojawia się na scenie w charakterze śpiewaka, czy baletmistrza. Zasadniczym problemem jednak nie był sam spektakl, lecz publiczność. Siedziałem z rodzicami mniej więcej pośrodku widowni, w połowie pustej, która opróżniała się jeszcze bardziej po każdym z trzech i pół aktu, a za nami jacyś państwo stali sobie i w najlepsze popijali z plastikowych butelek, głośno rozmawiając; ich zachowanie wskazywało na to, że mogli czymś sobie doprawić tę oranżadkę. Warto zauważyć, że chociaż my siedzieliśmy w środkowych rzędach, ludzie tuż za nami zajmowali przedostatni. Zwracałem im kilkukrotnie uwagę, ale kwitowali to śmiechem pełnym lekceważenia.

Postanowiłem powiadomić ochronę, ale wszędzie napotykałem tylko apatyczne bileterki, które na dźwięk moich słów wybałuszały oczy, bledły i zaczynały się chwiać, przez co przypominały topielice albo rusałki kołyszące się na wodzie. Udało mi się wreszcie dotrzeć do konsoli inspicjenta, dla niepoznaki zlokalizowanej w garderobach. Panowało tam istne pandemonium, reżyser i jego asystenci obserwowali coś na monitorach i komentowali z ożywieniem, a dookoła przemykały tancerki w strojach rewiowych z pióropuszami, muzycy, technicy i masa innych ludzi. Nie chciałem przeszkadzać, ale w końcu nieśmiało zdecydowałem się zagadnąć reżysera i poprosić o wezwanie ochrony do tylnych rzędów. Nacisnął jakiś guzik, zabzyczało, i sprawa wyglądała na załatwioną.

Przy okazji dowiedziałem się, że należę do grona realizatorów, jestem współodpowiedzialny za to przedstawienie i mam się przygotować do ukłonów. Zacząłem gorączkowo szukać marynarki, którą zgubiłem gdzieś podczas bieganiny przez korytarze. Zdyszany, wciąż bez marynarki, wpadłem na salę, by stwierdzić, że ochrona bynajmniej tam nie dotarła, a sprawy uległy dalszemu pogorszeniu: było już kilka grupek stojących i pijących ludzi, inni bezceremonialnie wstawali, zakładali płaszcze, zabierali foliowe reklamówki i zbierali się do wyjścia. Wśród najgorzej rozrabiających, czyli bawiących się w najlepsze, spotkałem swoją ciotkę – toczyła ze znajomą swobodną rozmowę, wybuchając śmiechem, i prosiła co jakiś czas stojącego obok męża, żeby dolał jej szampana. Bardzo się uniosłem i powiedziałem do niej rzeczy niegodne.

Sytuacja na scenie coraz bardziej przypominała nieporadny spektakl dla dzieci z miejskiego domu kultury. Dekoracje stawały się coraz bardziej tekturowe, wykonawcy coraz mniej przekonujący, a scena zdawała się kurczyć, aż osiągnęła rozmiary przeciętnego dużego pokoju. Znalazłem już wprawdzie marynarkę, za to zorientowałem się, że nie mam niczego pod nią. Wreszcie opadła kurtyna, która z kolei była wąskim paskiem czarnego aksamitu, zakrywającym tylko środek sceny, akurat w miejscu, gdzie stałem i kłaniałem się, z marynarką na gołym torsie, ale i tak nikt mnie nie widział.

– Zabawne było sobie uświadomić, że w ostatnim roku częściej niż bluzę nosiłem marynarkę.

– Nosisz marynarki?

– Jak najbardziej.

– Musisz w nich dobrze wyglądać.

– A czemu?

– Bo masz taką twarz. Marynarka to kwestia twarzy.

– O, to Rzeczpospolita ma pieczęć?

– Najwyraźniej.

– Zaraz sobie zobaczymy… Phi, taka pieczęć? Zwykłe godło z napisem Rzeczpospolita Polska w otoku. Nuda. Tacy Amerykanie to mają odjazdową.

– Ale! Faktycznie!

– Są gwiazdki symboliczne od pierwszych stanów, flaga taka inna, a nie jak wszędzie, dewiza E pluribus unum jestOrzeł trzyma w łapie pioruny, a w drugiej gałązkę oliwną. A co nasz mógłby trzymać? W prawej mógłby mieć…

– …Snopek?

– Jaki snopek? Chochoł?

– Nie, snopek wazowski, Wazowie to mają w herbie.

– No popatrz, nie wiedziałem. Pewnie stąd też pieczywo chrupkie Vasa, snopek – zboże – chlebek. No dobra, a w lewej łapie co by trzymał?

– Litewską Pogoń! Ten koń taki za szyję, zwieszony!

– A, to w prawej mógłby do kompletu mieć Matkę Boską Częstochowską! Chociaż w sumie to ona powinna  j e g o  trzymać w lewej ręce…

– Nie, on powinien mieć ją w klapie!

W telewizji produkuje się jakiś nadzwyczaj dostojny mężczyzna w czarnej marynarce ze stójkowym kołnierzem. Z mentorskim tonem współgra włos siwy, okulary potęgują blask światłego wejrzenia. Rabbio, który leży na łóżku tyłem do telewizora, wykręca głowę, zerka i pyta:

– A kto to? Ksiądz Boniecki?

– Nie. To Andrzej Seweryn.

Niedzielne popołudnie. Wychodzę i czekam na ulicy na rodziców. Mają podjechać za kilka minut. W bocznej uliczce parkuje czarny sportowy samochód. Wysiada niewysoki wyglądający na silnego mężczyzna koło trzydziestki. Proste czarne adidasy, dopasowane jeansy, czarna kurtka typu flek, wystaje biały kaptur bluzy dresowej. Na środku łysej głowy krótki szeroki irokez. Wygląd kibola, przywodzi na myśl niektóre produkcje wytwórni Cazzo. Za nim wyłania się drugi. Wysoki, bardzo muskularny, na obcisłym t-shircie skórzana kurtka. Ten przypomina raczej żołnierza mafii. Idą dość żwawym krokiem, wyglądają na ludzi, którzy mają coś do załatwienia.

Mijają mnie. Najdyskretniej jak mogę obracam za nimi głowę. Nagle ten wyższy odwraca się i podchodzi do mnie blisko, trochę za blisko. Niższy gdzieś znika. Robi mi się dziwnie. Wyższy miga odznaką. Wyciągam z uszu słuchawki (Fairy Queen Purcella) i robię pytającą minę.

– Dokumenty.

– Proszę.

– Długo pan tu stoi?

– Jakieś dwie minuty.

– Na pewno tylko dwie minuty?

– Tak, mieszkam w tym bloku, właśnie wyszedłem, czekam na rodziców. Proszę, jestem w marynarce, idziemy do teatru.

[rozchylam kurtkę, a on patrzy mi przez chwilę ze skupieniem w oczy]

– Dobrze.

[oddaje mi dowód osobisty i odchodzi szybkim krokiem]

Rodzice podjeżdżają po kilku chwilach. Opowiadam im, co zaszło, a właściwie nie zaszło. Matka mówi, że tego niższego widziała za rogiem i zwróciła uwagę na jego dziwne zachowanie. Jakoś tak chodził, kołysząc się, jakby szukał guza.

Jeszcze przez jakiś czas czuję się nieswojo. Gdyby było nie popołudnie, a późny wieczór, nie miałbym marynarki, tylko bluzę z kapturem, i nie był trzeźwy, tylko po paru piwach, to nie jestem pewien, czy zadawaliby pytania, czy od razu wzięli mnie na dołek.