Archives for posts with tag: Mozart

 

Der, welcher wandert diese Strasse voll Beschwerden,
Wird rein durch Feuer, Wasser, Luft und Erden;
Wenn er des Todes Schrecken überwinden kann,
Schwingt er sich aus der Erde Himmel an. —
Erleuchtet wird er dann im Stande sein,
Sich den Mysterien der Isis ganz zu weih’n.

[Emanuel Schikaneder]

*

Tego, który przemierza wyboistą ścieżkę,
Oczyszczą ogień, woda, ziemia i powietrze.
I jeśli strach przed śmiercią przezwyciężyć zdoła,
Wzniesie się wprost do nieba z ziemskiego padołu.
A kiedy oświecony nareszcie zostanie,
Odda się wśród misteriów w Izydy władanie.

[tłum. mrówkodzik]

– Z czego to jest? Ładne.

– Z Uprowadzenia z seraju.

– No, od razu lepiej. Jemu dobrze robił niemiecki tekst. Na muzykę mu lepiej robił.

– Bo on wreszcie chociaż raz wiedział o czym to jest!

 

– To znamienne, że Mozart wziął na warsztat fugę z monumentalnego dzieła, w którym Bach donośnie zabrał głos w kwestii teorii tonacji muzycznych i stroju temperowanego, fugę z najbardziej niesamowitej pary enharmonicznej – es-moll/dis-moll – i zrobił z niej fugę… d-moll.

– Dobrze, że nie G-dur.

– Ten dur to chyba jest nierozerwalnie związany z G.

– Czy Mozart napisał jakieś trio?

– Chyba nie. Pewnie nie było go na lekcji, gdzie omawiano liczby nieparzyste.

– Ale kwintet napisał.

– Bo myślał, że to kwartet, ale źle policzył.

– A taki Schubert to był prymusem – do nonetu zrobił! Musiał nie opuścić żadnej lekcji.

– Możliwe. Przeważnie bywa równie interesujący co kujon, który ma sto procent obecności i tyle polotu co wypchany myszołów w pracowni biologicznej.

– Wiesz co, okazuje się, że Mozart jednak napisał tria, i to z dziesięć.

– Pewnie przez sen.

– Jedno nawet w tonacji mollowej, ale nieukończone.

– Nie zniósł tak długiego kontaktu z tonacją niedurową. Pewnie dlatego pisanie rekwiem go zabiło.

 

– To jedna z możliwości tego, jak wygląda piekło: przegrzany teatr, gadający sąsiedzi i opera Mozarta grana bez końca. Nie, w sumie wystarczy raz.

– Denne libretto, ten sam schemat powtarzany w kółko co kwadrans, i skończyć się nie może, przynajmniej o jeden akt za długie.

– Kiepska tragedia ma tę zaletę, że bywa przynajmniej śmieszna, ale kiepska komedia to prawdziwy dramat, bo nawet się pośmiać nie można.

– Händel to w każdym razie znośniejsza muzyka niż Mozart.

– Ja tam lubię Mozarta.

– Dla mnie jego opery zawierają wyciąg tego, co najgorsze bywa w operach barokowych: wynudniałe do cna recytatywy secco i mechanicznie powtarzane melodyjki w ariach.

– Za to jakie melodyjki!

– Fakt, czasem ładne. Ale ile można mieć w jednej operze pogodnych arii? Mozart chyba nie rozumiał, że obiad nie może składać się z samych deserów.

 – Na semiscenicznym wykonaniu Così fan tutte słuchacze ciągle wybuchali nieuzasadnionym śmiechem przy najsuchszych dowcipach i najbardziej sztampowych aluzyjkach. Widać publiczność – mogąc „legalnie” się zaśmiać w tak zwanym bardzo poważnym miejscu – jest gotowa z byle czego zarechotać się na śmierć.

 

 

– Julianna Awdiejewa Mozarta zagrała tak, że gdyby była śpiewaczką, tobyśmy powiedzieli, że nie ma koloratur. A Liszta – cóż, tak jak on na to zasługuje. W preludiach Chopina chciała chyba uzyskać brzmienie fortepianu historycznego dla ubogich gustem, bo jak wcisnęła lewy pedał, to odpuścić nie mogła. Chyba że się jej noga zaklinowała, w takim razie powinna rozważyć konsultację ortopedyczną. Niestety, jak się gra ciągle una corda zamiast tre corde, to może zostać tylko 1/3 muzyki…

 

– I jak ci się podobało?

– Ogólnie bardzo  ładnie. Tylko ta Véronique Gens jakaś taka zimna i oschła, co?

– Sucha wyśtoparcona dziwka.

– Co to leci?

– Kantata 101.

– Bach, Lohengrin, Salome, Menda w Korycie*, arie koncertowe Mozarta… Ale masz rozrzut… Jak rozrzutnik do gnoju!

——————————————

* Czyli Medea w Koryncie Johannesa Simona Mayra.

A oto rzeczona kantata:

[Polecam zwłaszcza fragment 15’51” z odjechaną modulacją. I w ogóle całą kantatę, bo mamy w niej piękną symetryczną konstrukcję z wyjątkowo dużą reprezentacją chorału:

1. chór z chorałem

2. aria

3. chorałorecytatyw

4. aria z (chorałem instrumentalnym)

5. chorałorecytatyw

6. duet (z cytatem chorałowym)

7. chorał

a szczególnie kręcące są te chorały zmiksowane z recytatywem]

Kolejne zestawienie fraz z wyszukiwarek, po których trafiano ostatnio na mrówkodzika. Najciekawsze podrubiam. Szczególnie cieszy częstość występowania pierwszej z przytaczanych fraz:

jak działa jamniczek

subiektywizując twoje autokratyczne stanowisko wobec poruszanych kwestii, moje osobiste ego uległo autodegradacji poprzez inkorporację

pokaż rogi wypierdalaj

kibol drech mecz odlać opowiadania

cipeczka dajana szlage

gejowska siłownia warszawa holmes place

caning kijem

wierszyki o tlumoku

nuty na flet poprzeczny aria królowej nocy

piosenki do korowodów, pląsów

ale pedziochy

grzebalec młody dzik

Pokłosie (przedkłosie?) parady sprzed tygodnia. Najpierw o istnieniu takiego wydarzenia doniósł znajomy, potem zdjęcia z zeszłego roku pokazał Wehwalt, aż w końcu wracając z Tajnym D. z wykonania rekwiem Mozarta przez muzyków Warszawskiej Opery Kameralnej pod Ministerstwem Kultury, zobaczyliśmy na własne oczy tę wywieszkę nie gdzie indziej, a na tablicy ogłoszeń pod bazyliką Świętego Krzyża, bądź co bądź jednym z najważniejszych kościołów Warszawy.

1.

Puszczę ci Wachet auf ruft uns die Stimme, tam jest taka poruszająca modulacja
Nie słucham hitów.

2.

Bardzo się wzruszałem tym I’ vo piangendo Lassusa. Wiele dla mnie znaczy już od dawna...
Nie lubię madrygałów.

3.

Nie znam bliżej tego kolesia.
To najwybitniejszy librecista XVIII wieku, innowator…
Jeśli on jest równie wspaniałym librecistą co Haydn twoim zdaniem symfonikiem, to nie dziwne.
On jest librecistą równie wybitnym, co Mozart kompozytorem.
To masz rację. Jeśli napisał pięćset razy jedno libretto, to nie dziwne.

Dość długo tego szukałem, a tu proszę – jest. Zamieszczam dwie wersje rekonstrukcji imponującej fugi podwójnej Amen (między Lacrimosą a Domine Iesu) z Requiem Mozarta. Teraz coraz częściej spotyka się tę część w wykonaniach tego utworu. Autorami są kolejno R. Maunder i D. Druce.

Ja najbardziej lubię chyba rekonstrukcję R. Levina. Miałem gdzieś wykonanie Boston Baroque pod Pearlmanem, ale nie znalazłem nigdzie na necie, pomieszczam więc to (trzeba sobie przewinąć, Amen jest ok. 5’09”), dobre tempo: