Archives for posts with tag: muzeum

– Po tym, jak Muzeum Narodowe przejmie lokal Muzeum Wojska Polskiego, powinno się zrobić luźniej.

– A dobrze mi się wydaje, że była też mowa o jakiejś rozbudowie?

– Jakże to! Pikietę zabudują?

– Tam już i tak chyba od dawna są głównie zabytki…

 

 

– Popatrz, jakie święty Szymon de Rojas ma rączki! Małe a lubieżne.

– Wyśmigane od odmawiania różańca.

– Ta, chyba z dwóch dużych paciorków.

 

 

– Idziemy na ten wernisaż?

– A kogo?

– Franka Stelli.

– Pokaż to zaproszenie. Widzę, że się chwalą, że sam artysta zaszczyci wydarzenie. Tak mówi pan dyrektor, który podpisał się pod zaproszeniem tytułem profesorskim. Ciekawe, czy na okładce swoich książek też ma napisane „Prof. Dariusz Stola”. Zaraz, czego on jest w sumie dyrektorem, bo tu nie jest napisane?

– Oczywiście, że jest, wyżej. Polinu.

– Ooo, mowy nie ma. Moja noga więcej tam nie postanie. W tym muzeum bez eksponatów…

– Jakby słowo „muzeum” zaczęło oznaczać coś innego, niż zawsze, czyli miejsce, gdzie gromadzi się i udostępnia przedmioty cenne historycznie lub artystycznie. To samo z „muzeum” Fryderyka Chopina na Okólniku.

– …Na tej interaktywnej wystawie „Poczuj totalitaryzm na własnej skórze” obsługiwanej przez enerdowskie strażniczki więzienne, bucowatych eksubeków oraz gołowąsów, którzy są za tępi nawet, żeby się dostać do policji, za to milicyjnych metod uczą się w trymiga. Jak chcesz, to idź. Może coś porządnego podadzą, kiedyś mieli tam dobre wino, choć ostatnio i to się skiepściło.

– Zaraz sprawdzę, kto jest sponsorem tego wydarzenia… Producent szampana!

– Dla nich na sponsora lepiej nadawałby się producent paralizatorów, pałek teleskopowych albo wzierników doodbytniczych.

– Słyszałam, że w Palandze…

– Gdzie? Jak to się nazywa?

– Palanga. Słyszałam, że jest tam muzeum przesiedleńców, więc pojechałam zobaczyć. Była straszna pogoda, wiatr potworny, tak że nawiało mi piasku pod ubranie, ale dzielnie szukałam. Nie dało się znaleźć.

– Może go tam nie było?

– Na mapie było, że jest. Ale nie mogłam trafić. Pytałam nawet, ale nikt nie wiedział. No to zażartowałam, że może przesiedlili. I wiecie co?

– Co?

– Nikt się nie zaśmiał.

Po obejrzeniu iluś tam retabulów i innych dzieł sztuki sakralnej weszliśmy do łazienki w podziemiach muzeum i wykrzyknęliśmy równocześnie:

– Tryptyk Duchampa!

w pałacu biskupa Ciołka

w pałacu biskupa Ciołka

– Stoją te Japonki, pchają się, robią sobie zdjęcia. Jedna po drugiej, w tym samym miejscu. A przecież mogłyby sobie jedno zrobić, bo i tak wszystkie wyglądają tak samo, i potem się wymienić. W tym czasie pozostałe mogłyby iść zaliczać inne muzea.

———————————————–

knur – patrz: słowniczek

– To jednak porządni ludzie – popatrz, pomnik konny Leopolda II jest otoczony taśmą policyjną.

– Żeby ludzie nie podchodzili i nie rzucali zgniłymi owocami!

– Czyje to? Snijdersa?

– Tak, Snijdersa, wybitnego martwego naturysty.

– Powinni tam założyć muzeum.

– Jakie?

– Muzeum ciebie.

– Jeszcze słowo i ci się przegroda wyprostuje.

– Ten park ma szczególną renomę.

– Tu niedaleko jest biust Konopnickiej.

– Czy tam…?

– Tak, tam przychodzili miłośnicy.

– Ale nie miłośnicy biustów?

– Nie. Miłośnicy… Poezji.

 

Zamknięte muzeum. Kamienice jakby pozrastane, niezgodności poziomów, drzwi w nie do końca spodziewanych miejscach, schody niby dokądś, a jakoś donikąd. Stelaże, ramy, instalacje ściany i ścianki – to nie ekspozycja, tylko podkład, grunt, na którym pozostały tabliczki z podpisami, a eksponatów, których dotyczyły, nie ma. Czemu ty na balustradzie nie ma takiej drewnianej kuli, jak obok? W konserwacji jest. Po korytarzach snują się pracownicy i znikają w pokojach, w których z rachitycznymi mebelkami z lat siedemdziesiątych sąsiadują dwustuletnie zegary. Do działu kadr wchodzi się przez wyłożoną kobiercami salę (leżą, jakby się suszyły), gdzie o ścianę stoi oparte półślepe lustro. Tu jest portret tego i tego, autorstwa tamtego. Kopia, oryginał u konserwatora. Niskie długie meble pozakrywane grubymi foliowymi pokrowcami. Podchodzę z zaciekawieniem, ale żaden nie okazuje się instrumentem.

Łazimy. Poszczególne pomieszczenia mają różne zapachy: czuć głównie muzealny kurz, ale tutaj pleśń, tutaj detergent, a tu nagle jak w dzieciństwie, kiedy dziadek pokazywał pracę przy ulach, czuć – bo pastują podłogi woskiem pszczelim. Pewnie pięćset lat temu tak samo pastowali na tej wysokości, ale nie w tym samym budynku, bo to już nie ten budynek. Od zera nie ten, ale na minus jeden, minus dwa, jeszcze trochę ten. W tych świeżo wyremontowanych piwnicach chłodno i świeżo, wydajna klimatyzacja osusza i filtruje. A tu jest skarb, który tu wykopano, monety w garnku. To znaczy garnek jest prawdziwy, a monety to atrapa. Prawdziwe są u archeologów.

Klatka schodowa, któraś z kolei, od dłuższego czasu już nie wiem, gdzie dokładnie jestem; północ, południe, zachód wydają się tutaj  nieomal oszustwem. Fotografie, w założeniu spłowiałe od nowości, nadrukowane na plansze wielkiego formatu, wiszą tu chyba od miesięcy, pokrywa je pył. To też pozostałość po wystawie pozostałości. Dotykam. Marcin podchodzi, przygląda się chwilę, nabiera powietrza w płuca i dmucha na jedną z plansz.

 – Co ty robisz! Zdmuchnąłeś bardzo kosztowną atrapę kurzu!

Na zewnątrz wczesne popołudnie. Siadamy we czworo na kamiennej ławce. Po jakimś czasie odwracamy się tyłem do rynku i światła, które tępo wciska się w oczy, mimo że lub może właśnie dlatego że dzień nie jest szczególnie słoneczny.