Archives for posts with tag: Neapol

– Patrz, Piazzetta Casanova.

– Gdzie?

– Ta brudna dziura na skrzyżowaniu. W sumie pasuje do zainteresowań Casanovy.

– Uroczy placyk. I to na dodatek Alfonsa Casanovy.

– To on miał alfonsa?

– Nie, to chyba jakiś święty był, Alfons Casanova.

– Sprawdzę. Nie, chyba chodzi o Alfonsa della Valle di Casanovę. Był taki dziewiętnastowieczny neapolitański filantrop.

– Nie dość, że Casanova, to jeszcze walę… No, ale skoro filantrop, to przynajmniej można było u niego liczyć na darmochę.

 

Okres oczekiwania na odpowiedź na mail do Neapolu – 2 tygodnie

Zniecierpliwiony telefon tamże – jakieś 4,50zł

Pani z biura prasowego zapewniająca z zaangażowaniem: „Yes, I can do you!” – bezcenna

– W Neapolu wszystko jedli mniej więcej świeże. Nie musieli przechowywać, bo wszystko było w morzu i na drzewach ciągle dostępne. Zresztą do całkiem niedawna nie mieli tam w ogóle lodówek.

– A jak chcieli coś przechować, to walili w garnki i krzyczeli na jedzenie, żeby bakterie się bały?

 

 

– Posłuchaj sam. Mieszkańcy Rzymu kwaczą, w Neapolu kraczą…

– …A tu, w Mediolanie jakby gęgają.

– Ha, i wiem już, dlaczego oni tak chętnie używają klaksonu – bo im przypomina głos mammy!

– To jest niesamowite, ile tu wymalowanych, wypindrzonych dziesięcio-, dwunastolatek. Pełny makijaż, buty na obcasie i odkryty brzuch.

– A ci chłopcy, co tam grają w piłkę, tobym się nie zdziwił, jakby grali psią albo kocią głową, jeśli nie ludzką.

– O, mama woła dziewczynki na kolację.

– E tam, przypomina, że mają iść do pracy pewnie.

– Ciekawe, ile tu biorą za usługę.

– Za prezerwatywę się pewnie słono dopłaca.

– Nie no, chyba zwykle dopłaca się za seks bez zabezpieczenia.

– Gdzie tam, w Neapolu się dopłaca za zabezpieczenie, i to potrójnie!

 

– Popatrz na tych chłopaków, już wyciągnęli karty do taroka i w coś grają.

– Ciekawe w co.

– Nie sądzę, żeby ta gra miała jakieś konkretne zasady; chodzi tylko o to, żeby był jakiś pretekst do bójki.

– Z czym ci się kojarzy Sorrento?

– Z taką włoską dolce vita.

– A Salerno?

– No, to z taką semidolce.

– A co wobec tego jest w Neapolu?

– Definitywnie brut.

– Po jakiemu oni rozmawiają?

– Po portugalsku chyba.

– Nie, chyba niemożliwe. Nic nie rozumiem. Może to arabski?

– Albo turecki.

– Bo na Rosjan nie wyglądają.

– Nie, wsłuchaj się. Mówią po włosku, po neapolitańsku.

– Obosz, biedny Wezuwiusz, słusznie się starał, ale sam, bidulek, nie dał rady.

– O, popatrz! Siedzą tam gdzie wtedy. Tylko ogniska nie palą, bo odmalowali i chyba im nie pozwalają.

– Uważaj, jedna nas taksuje i coś tam gada. Jakieś „bue, bue”.

– Ona mówi „łał, łał”!

– I co to niby ma znaczyć?

– Że fajnie. Że my się jej podobamy.

– Dziwne. Może myśli, że jesteśmy bliźniakami…?

– Tak! A ona nie miała bliźniaków!… Zbyt wielu… W tym miesiącu…

– Chociaż tyle się umieli zachować.

eschenbach

[Z dedykacją dla Pietii]

kajzer

Nowe miłosierdzie sp. z o.o. || Kajzer || Centrum międzynarodowych usług pogrzebowych

 

 

– Obłędny ten kelner. Wygląda jak blond mrówkojad. Ale niepokoi mnie to, że rzucił coś do mnie o muezzinie.

– Nie, on tylko powiedział buona sera w dialekcie neapolitańskim.

– Muszę poszukać nam tam jakichś rozrywek.

– Jakich?

– A tanich dziwek może?

– Nie tanich, tylko drogich, i nie znaleźć dla nas, tylko nam zbyt.

– Znakomicie! Jest taka dzielnica akurat przy dworcu, nazywa się Mercato. Tam jest syf, wszędzie kapliczki, śmierdzi opalanymi karczochami, no i tam kurwy palą ogniska przed budynkami na schodach…

– Jak to?

– Było tak, że idziemy sobie w ciągu dnia i nic nie wskazywało na to, że tam się wieczorem i w nocy zagnieżdżają kurwy. I mówię: „No zobacz, taka ładna fasada, a strasznie okopcona. Coś tu się musiało stać”.

– Fasada kościoła?

– Tak trochę wyglądało, ale nie jestem pewien, czy tam jest kościół. No i potem przechodziliśmy tamtędy wieczorem, a tam w tym miejscu, pod tą okopconą fasadą, kurwy rozłożone na leżakach palą ognisko ze śmieci. Dwie na tych leżaczkach, a kolejne dwie obtańcowywały je dookoła, a między nimi na środku, na schodach pod budynkiem, ognisko. I one widziały, że my się tam na nie patrzymy, i zaczęły coś do nas krzyczeć, ale nie wiem, czy tak przeganiająco, czy zachęcająco. Trudno było wyczuć.

– W odróżnieniu od smrodu.

– To był luty, jak na ich warunki pięć stopni w nocy to szczyt zimy, więc się dogrzewały.

– A atrakcyjne były?

– Raczej nie, trudno powiedzieć. Szliśmy po drugiej stronie ulicy i baliśmy się podejść, że nas obskoczą albo zawołają swoich alfonsów… Taka dzielnica. Nie, to złe określenie; takie miasto.

– Kusi mnie ten Tristan w San Carlo. Poza tym nie widziałeś Neapolu, więc byłaby okazja…

– Ale mówiłeś, że Neapol jest Łodzią Italii.

– Faktycznie, ale wiesz…

– „Zobaczyć Neapol i umrzeć”, wiem.

– Ta, chyba na dżumę. Tam na pewno można jeszcze ją złapać.

– Myślałem, że zwariuję w tym Neapolu. Wszystko mnie irytowało.

– W Neapolu? Dlaczego?

– Oj, bo tam połowa ludzi coś sprzedaje, a druga to od nich kupuje i można oszaleć!

– Nie przesadzasz?

– Nie! Neapol to zło! Neapol jest jak…

– Łódź?

– Tak! Neapol Łodzią Italii!