Archives for posts with tag: pedagogika

– Nie myśl, że nie zauważyłem, jak to robiłeś.

– Ale nie zareagowałeś.

– Fakt. Ale zapamiętałem.

– Dzięki temu będziesz miał mnie potem za co ukarać.

– Tak… W ten sposób zamiast być bezmyślnym sadystą będę… Konsekwentnym wychowawcą!

– Jak dziecko jest agresywne, to trzeba mu odpłacić kontrolowaną agresją, żeby zrozumiało, że to boli. Inaczej nauczyciel będzie się stresował i cierpieć będą na wszystkie dzieci. Lepiej raz a dobrze potrząsnąć, ale nie ze złości, tylko w celu wychowawczym.

– I tak się robi, tylko nikt się nie przyznaje. W pedagogice określa się to jako wprowadzenie bodźca awersyjnego w postaci stymulacji proprioceptywnej.

– Co tak przeraźliwie piszczy? Jakiś piesek znęca się nad zabawką? Strasznie długo i metodycznie…

– Nie, spójrz, tamto dziecko ma takie piszczące buty.

– Genialne, gratulujemy rodzickom. A może od razu zmienią mu pieluchę, ustawiając wiatrak i rozwiewając gówno na wszystkich dookoła?

 

– Co to za metody?

– Pedagogiczne.

– No dobrze, kij widzę. Ale gdzie marchewka?

– W dupie.

– Mam nieprzepartą ochotę odlać się pod popiersiem patrona naszej dawnej szkoły, ale nie wiem, czy będzie po temu sposobność. Naprawdę, mieli w tej szkole wiele diamentów, agatów i bursztynów, których wystarczyło nie popsuć, tylko podszlifować. A oni walili w nie młotkiem. Och, szkoda, że mojej matematyczki tam już nie będzie. Naplułbym jej w twarz. Ale może zadowolę się napluciem choćby na łacinniczkę.

– Właśnie sobie wyobraziłam, jak ociera twarz z twojej plwociny tym swoim dystyngowanym wzorcem ruchowym. Ja bym tylko podstawiła nogę babie od biologii, ale dla niej jestem niewidzialna do tego stopnia, że nogą-widmem nie spowodowałabym potknięcia.

– Trafiłaś w samo sedno. Ona nie ma ruchów, ona ma wzorce ruchowe. Ona nie ma uczuć. Ona ma reakcje układu współczulnego na bodźce afektywne. One nie widzą – one percypują pedagogicznie.

 

 

– A czy twoja matka często ucieka się w pracy pedagogicznej do rękoczynów ?

– Niezbyt. Moja matka jest na tyle infantylna, że potrafi się dogadać z dziećmi bez przemocy.

– W moim podręczniku do niemieckiego w szkole był niejaki Herr Kaleschke. Do tej pory mnie prześladuje to nazwisko.

– Okropne! Strasznie wschodnioberlińskie. Herr Kaleschke to taki wschodnioniemiecki inżynier. Pracuje oczywiście w fabryce. Mieszka w bloku typu klocek. Jest bogaty, więc ma trabanta i kolekcję kufli piwnych na ścianie.

– Albo uczy zajęć praktyczno-technicznych. Jego hobby to robienie wyklejanek z użyciem tłuczonego szkła. Ma też żonę Hannelore.

– Ona zajmuje się prowadzeniem domu. Jej hobby to stanie w kolejkach i podpierdalanie koleżanek na Stasi.

tropi cielę

– Byli też tam ci, grotołazy…

– Czyli kto?

– Studenci edukacji muzycznej.

– Ale czemu grotołazy?!

– Bo ni to gro, ni to łazi.

– Geografii w podstawówce uczyła nas straszna baba, o nazwisku Buze, które już samo w sobie sugerowało, że czai się w niej zło.

– Stosowała terror i reżim, trzeba było siedzieć prosto i patrzeć przed siebie, i nie wolno było skreślać na klasówkach. Skreślenie, a zwłaszcza przeprawienie złej odpowiedzi na dobrą, traktowała jak błąd, bo jej zdaniem wskazywało to jednoznacznie na ściąganie.

– I na każdej lekcji robiła kartkówkę z położenia geograficznego. Otwierało się atlas na odpowiedniej stronie i oznaczało położenie jakiegoś dajmy na to, miasta. Przy czym nie wolno było go oznaczyć za dokładnie, bo to by znaczyło, że się ściągnęło cyferki z końca atlasu, gdzie były wypisane położenia najważniejszych miast. Trzeba było oznaczać z wystudiowaną niedokładnością.

– I puszczała na lekcjach slajdy. Takie straszne slajdy z lat siedemdziesiątych. Byli do ich obsługi wyznaczeni dyżurni, którzy tracili przerwę przed lekcją i po niej na obsługę prehistorycznej slajdownicy.

– Tak, to była taka wikipedia minus dwa zero.