Archives for posts with tag: pneumonologia

– W piątek idziemy z chłopakami do teatru na „Matki i synów”.

– O, oglądałem ten film, fajne całkiem. Nawet nie wiedziałem, że to na podstawie sztuki.

– A ja nie wiedziałam, że jest film!

– Nazywa się chyba „Nasi synowie”.

– O, Julie Andrews i Hugh Grant, Jezu, jacy młodzi wszyscy…

– Straszne, nie?

– To mało powiedziane. Jakbym paliła, tobym teraz poszła na papierosa. A tak to nawet nie mam na co pójść.

– Nic tylko zejść na psy. Skoro na chorobę płuc nie ma jak!

– Jedno mnie tylko pociesza – oni wszyscy są starsi ode mnie, a ostatnio tak rzadko mi się to zdarza, że trzeba odnotować.

– Zastanawiam się, czy chodzenie na koncerty ma dla mnie jeszcze jakikolwiek sens. Wykonania zwykle są co najwyżej średnie, jak dzisiaj, a jak nawet już się trafi jakieś lepsze, to publiczność i tak jest to w stanie zrujnować. Dzisiaj za nami siedział bardzo głośno i dziwnie szybko sapiący pan (serce? astma? POChP?), który zabrał ze sobą dwóch synów w wieku ok. 5 i 6 lat. Na wybór scen z Parsifala. Wagnera. Ci się pokładali, spali i szurali; żadna w tym ich wina. Po drugiej stronie za nami pani wyglądająca i – co ważniejsze – zachowująca się, jakby wykonywała najstarszy zawód świata, z panem, który wyglądał na takiego, co ten interes prowadzi albo co najmniej korzysta z jego usług. Pod koniec II aktu pani roześmiała się pełnym głosem. Najwyraźniej pan opowiadał jej jakieś prześmieszne kawałki (może jakieś mrzonki o tym, że niektórzy robią to nie za pieniądze?). Widać się im spieszyło do pracy lub zabawy, bo po przerwie nie wrócili. Wróciła za to rodzinka jakiegoś polityka głośno wchodząca, spóźniona, kiedy już się zaczęło (kojarzę jego twarz, ale nie umiem powiązać z nazwiskiem, a szkoda). Wreszcie, pod koniec III aktu, kiedy udało mi się trochę wciągnąć i rozmarzyć wśród sekwencji drezdeńskiego amen wzbogaconego innymi motywami z tej ukochanej mojej opery Wagnera – na ostatnich dziesięciu taktach – dwie stare prukwy zaczęły po prostu rozmawiać, ot, tak, tonem konwersacyjnym. Bo czemu nie? W końcu gadanie na koncercie czy spektaklu to norma, a zwrócenie uwagi (choćby najgrzeczniejsze) to chamstwo. A bileterzy i bileterki umywają ręce i zdają się najgłuchszymi i najspokojniejszymi ludźmi na świecie. Przemyśliwam, czy nie zacząć robić takim gadającym ludziom zdjęć i umieszczać ich w galerii hańby.

– Rany, czy ten kotożerca naprzeciwko musi się tak dusić? Wrócimy z tej wycieczki z zapaleniem płuc.

– Przynajmniej nie będzie lekooporne, bo w dziurze, z której pochodzi, nie znają pewnie antybiotyków.

– Swoją drogą, to czy on ci nie wygląda trochę na prawą stronę? MW? ONR? NOP?

– Chyba POChP.

– A na Bostridge’a się nie wybieramy?

– Chcesz, to idź, ja nie chcę.

– A czemu? No dobra, on ma tę swoją manierę jedną czy drugą, ale przecież umie śpiewać Schuberta.

– To nawet nie o niego chodzi, tylko o publiczność.

– W sensie?

– No, bo wszyscy po tym koncercie, niezależnie jaki on będzie, będą tak uduchowieni, że będą srali ognikami, będzie z e s r a n i e  ducha świętego !

 

– No to co robimy? [kaszle]

– Nawet chciało mi się gdzieś wyjść, a teraz już nie wiem; co za dzień.

– Pytasz mnie? [kaszle] Mi się średnio chce, ale jeśli tobie tak, to mogę się dostosować.

– Możemy połączyć średnio przyjemne z dość pożytecznym.

– Nie będzie mi wolno mówić, żebym nie kaszlał, tak…?

– Nie. Miałem na myśli pójść do całodobowej apteki na placu Zbawiciela po thiocodin, a potem ewentualnie wstąpić na drinka.

Te wspaniałe bąbelki w tych pulsujących limfocytach

Przy pomocy specjalnej kamery mikroskopowej zobaczymy, jakie straszne spustoszenie w organizmie żywym wywołuje dymek z papierosa. Komentarz naukowy: profesor Elektrokapuściocha.

 Nikotyna zżera nowiutkie cytotchawki monopłucne Kirchmeyera.

Płynąc, zżera w transie jadopogazowym nowiuteńką ściankę milocytu Westing-Hosa.

Zaalarmowane hemocytoblasty usiłują odpędzić agresora, wydalając czerwony odczyn pelikulozy górskiej.

Na próżno. Polimaź nikotynorakoliptobełku mortwicuje nowiusieńkie fotocytonity płucne.

To straszne. Stara samica pogazowa atakuje. Fitomikrodendryty pulsują agonalnie. Ajajaj.

Znowu samica. Cytoostatnie biopodrygi. Granulat leptospiru, żałosna resztka dawnej prestoplastki.

Biedny organizm. Migotki-bulgotki monogenetyczne, neutralni obserwatorzy dramatu, również padają ofiarą papierochów złośliwych.

Nie pomoże nawet reakcja biospulpatyczna z ciałkiem Jacksona włącznie.

A oto ciałko Jacksona. Nawet pęcherzyki cytoplazmoidalne także poliptoparują.

Następuje obrzydliwy wycisk chloronitrodendoka z owłośni biopulptonu – to ostatnie stadium degrenegreflinu.

Drży ze strachu biedaczyna limfoblast doktora Poziomki. Widok z oddali. Niewinny leukomocznik poprawczaka zamienia się w zwyrodniałą formę taranu nikotynowego i wali jak szalony. No tak. Taranuje.

Nikotyniawki złośliwie atakują osmocznię marmonitu.

Na zewnątrz: ciężar, gniecenie, tępy ból, drgawki, wymioty, biegunka. Oszalała fizjologiczna papka; wynaturzenie wora omoczniowego.

Coraz mniej zdrowych pretlenowców. A poprawczaki tytoniują metodycznie z pruską dokładnością, żuwaczkują i bąbelkują.

Wisteria monocytogenna w rozpaczy. Spustoszenie w środku nowiutkiej, mało używanej mózgogrdyczki Marmoniego.

Przepalone płucniaki. Przepalony opłucniak. Przepalona płucniawka. Przepalony płucak. Przepalone najpiękniejsze lata młodego życia.

[film autorstwa niezrównanego Juliana Antonisza]

[transkrypcja ze słuchu dokonana przez mrówkodzika; transkryptor czeka na poprawki i sugestie, bo 1) jest przygłuchy, 2) materia jest nielekka audytywnie]