Archives for posts with tag: poezja

Rozmowa przy choince

No, co tam słychać na świecie? – A chujnia, że szok. –
Chujnia, że szok, tak uważasz? – Tak właśnie uważam.
Jak tylko mogę, z tą chujnią bez przerwy się zmagam.
I dzień po dniu bezustannie upieprzam się z nią. –

Powiedz mi, co dalej będzie? – A gówno i już. –
Gówno? Czy dobrze rozumiem? – Tak, dobrze rozumiesz.
Ja już od dawna niezmiennie się taplam w tym gównie.
Rzucę karierę i spieprzam w Bieszczady co tchu. –

Co teraz? Co z nami będzie? – A w dupie to mam. –
W dupie to masz, mówisz serio? – Tak, kurwa, serio.
Tak długo w tej dupie siedzę, że wszystko mi jedno.
Brzmi niewesoło, lecz prawda to jest bez dwóch zdań. –

Da się z tym wszystkim coś zrobić? – A posłać w pizdu.  –
Posłać w pizdu, jesteś pewien? – W chuj przekonany. –
Jaki masz dowód, że ten twój plan jest wykonalny? –
Weźże się odpieprz, kobieto, i nie truj mi znów. –

Myślę, że ten nowy rok coś dobrego nam da.
Spójrz, jak się pięknie bawimy w tę noc sylwestrową! –
Słuchaj, naprawdę zaczynasz już wkurwiać mnie zdrowo,
Więc, bez obrazy, dziewczyno, spierdalaj, raz dwa. –

Może chcesz ze mną zatańczyć? – Zdurniałaś, czy co?
Ty wciąż nie widzisz, że nic między nami nie będzie?
Walc dobiegł końca, więc bardzo cię proszę o rękę.
Ale nie twoją, ty moją mi oddaj, i won!

[słowa: Giennadij Smirnow według tekstu Jurija Lewitanskiego do piosenki z filmu „Moskwa nie wierzy łzom”; tłumaczenie: mrówkodzik; oryginał przeróbki tutaj]

Rozmowa przy choince

Co ciekawego na świecie? – Zima wciąż trwa. –
Zima wciąż trwa, tak powiadasz? – Tak właśnie powiadam.
Przecież co rano ostrożnie przechodzę po śladach,
Pod twoim domem, gdy z tobą pogrąża się w snach.

A więc co wkrótce nas czeka? – Styczeń tuż-tuż. –
Styczeń, naprawdę tak sądzisz? – Tak właśnie sądzę.
Przecież od dawna na pamięć znam tę białą książkę,
Ten elementarz śniegowych zamieci i burz.

A potem? Co dalej będzie? – I kwiecień, i maj. –
Kwiecień i maj? Jesteś pewien? – Zupełnie pewien.
Przecież niedawno słyszałem już, jak echo niesie
Pierwsze melodie wierzbowej fujarki przez las. –

Co więc powinniśmy robić? – Po prostu żyć!
Śmiało szykować na wiosnę leciutkie ubranie. –
Serio uważasz, że ona nareszcie nastanie? –
Serio uważam; więc trzeba koniecznie je szyć.

Trzeba je szyć, bo choć teraz zawieja i ziąb,
Przecież ta zima nie będzie dręczyła nas wiecznie,
Dziś, gdy pogrążył się świat w sylwestrowym szaleństwie,
Pragnę jedynie, byś swoją podała mi dłoń. –

Księżyc jak lampion srebrzysty na niebie się skrzy
Maski dokoła i zaraz znów będą grać walca… –
Nim wstanie ranek, daj porwać się jeszcze do tańca,
I raz-dwa-trzy, raz-dwa-trzy, raz-dwa-trzy, raz-dwa-trzy…

[słowa: Jurij Lewitanskij do piosenki z filmu „Moskwa nie wierzy łzom”; tłumaczenie: mrówkodzik; oryginał tutaj].

 

С меня при цифре 37 в момент слетает хмель.
Вот и сейчас – как холодом подуло:
Под эту цифру Пушкин подгадал себе дуэль
И Маяковский лег виском на дуло.

Дуэль не состоялась или перенесена,
А в тридцать три распяли, но не сильно.
А в тридцать семь – не кровь, да что там кровь – и седина
Испачкала виски не так обильно.

– Muzykę napisał Ludwig van Beethoven. A słowa?

– Johann Gangbang von Goethe!

 

 

Что происходит на свете? – А просто хуйня. –
Просто хуйня, полагаете вы? – Полагаю…
Я ведь и сам, как умею, хуйнёю страдаю;
Эта хуйня просто поработила меня.

Что же за всем этим будет? – А будет пиздец. –
Будет пиздец, вы считаете? – Да, я считаю.
Я ведь давно эту жизнь пиздецом называю.
Брошу карьеру и нахуй уеду в Елец.

Что же теперь с нами будет? – Опять поебень. –
Вновь поебень, полагаете? – Да, полагаю.
Сквозь поебень я свой жизненый путь пролагаю.
Трудно бывает, но я в этом смысле кремень.

Что же со всем этим делать? – А нахуй послать. –
Нахуй послать, вы уверены? – Да, блядь, уверен. –
Чем подтвердите что план ваш действительно верен?
Аай… Что ж вы пристали то, женщина, ëб вашу мать.

Нет, я надеюсь на лучшее в новом году.
Здесь так прекрасно среди новогоднего бала… –
Слушай ты, что то изрядно меня заебала,
Не обижайся, но шла бы ты, девка, в пизду.

Можно вопрос, вы танцуете? – Нет, я пою.
Pазве не видите, мы не подходим друг другу.
Кончился вальс, так уж дайте, сударыня, руку.
Да не свою, идиотка, мою, блядь, мою.

Ля-ляляля ляляля ляляля ля-ля…

Кончился вальс, так уж дайте, сударыня, руку.
Да не свою, идиотка, мою, блядь, мою.

Matko mądrości
Panno progresywnego myślenia
Fantazmacie chwalebny
Romantyczna zaklinaczko intelektu
Osobliwa galerniczko wrażliwości.

Gdy umierałaś sadziłem jabłonie w sadzie.
Wydziedziczona z niemożliwości działania
Wiedźmo złota
Ucieczko spragnionych
Królowo kobiet
Tęczowa Królowo Polski
Oświecaj nasze umysły w pokoju świeckim,
Amen.

[Grzegorz Jarzyna, źródło]

*

Jestem na południu Francji i właśnie tutaj, w słońcu południa, dowiedziałam się, że Maria Janion odeszła. W słońcu południa, o którym tyle razy rozmawiałyśmy, że tak bardzo brakuje go polskiej kulturze. […]

Janion była gigantką intelektualnej pracy, ale też Syzyfką różnicy […] Janion była jak prąd elektryczny, jej obecność rozpylała w powietrzu roztwór intelektualno-organiczny, który zmieniał każdą osobę, znajdującą się w pobliżu. […]

My, jej uczniowie, tworzący niejako oddzielną kategorię egzystencji, wchodziliśmy z nią w osobną dla każdego z nas relację. […]

To wśród jej studentek i grupy intelektualistek oraz aktywistek z nimi związanej narodziła się także polska, feministyczna Manifa (której zresztą miałam przyjemność dać nazwę – odnosząc się do studiów na Sorbonie, francuskiego skrótu i umiejętności robienia transparentów, zawdzięczanej moim francuskim koleżankom).

[Agata Araszkiewicz, źródło]

*

Fenomen „janionizmu”: czy nie polegał na tym, że od pewnego momentu stał się nałogiem rozmontowywania wszelkich trwałych identyfikacji i utożsamień? Od tego momentu proteuszowe myślenie Janion, które jej krytycy kwalifikowali jako bluszczowatość, uczyniło z rozmontowywania tego, do czego samo nas przyzwyczaiło, swój znak firmowy, swoją dzielność. […]Więc ten janionizm, który stał się antyjanionizmem, czy nie zaczął się od momentu, jakim stało się spotkanie z twórczością Mirona Białoszewskiego, kiedy Pani Profesor sama zaczęła instalować się w tym, co jest, a nie w tym, co się stanie, bo stać się powinno? Kiedy zaczęła powoli rozstawać się z tyranią romantycznego ducha jako entelechii polskości?

[Marek Zaleski, źródło]

*

Mistrzyni. Mędrczyni. Mesjanizm. Mundur. Misia. Już jedna litera skrywa pod sobą tyle haseł, że nie sposób byłoby zmieścić je w jednym tekście. Maria Janion: jedna z najwybitniejszych postaci krajowej humanistyki, badaczka, która zmieniła kształt polskiej nauki, autorka tych najbardziej przełomowych i inspirujących książek. Jej alfabet jest niemożliwy, a jednak próbujemy go ułożyć. […]s

Z siedzibą IBL, pałacem Staszica, związane jest też moje osobiste wspomnienie: w 2009 roku z rąk prof. Janion odebrałam tam nagrodę w konkursie na najlepszą pracę magisterksą. To moje najcenniejsze wyróżnienie.

[Emilia Padoł, źródło]

*

Początek studiów, polonistyka na UJ. Studentka pierwszego czy drugiego roku tego kierunku dostaje do przeczytania dwieście książek rocznie, na dodatek nie potrafi jeszcze w tym wieku myśleć syntetycznie, więc całą swoją energię przekierowuje na siedzenie w bibliotekach, na mrówczą pracę, której znaczenia nie rozumie. Chłonie, a nie wchłania, widzi, ale nie potrafi niczego zobaczyć.

To oczywiście o mnie. Nie umiałam myśleć procesami, nie widziałam ludzi w twórcach czy twórczyniach, a zjawiska polityczne odczytywałam przez bezpiecznie zmieloną papkę czytelniczki pewnej znanej szeroko liberalnej gazety środka. Maria Janion jest wtedy kolejnym nazwiskiem w książkach, nazwiskiem ważnym, nawet takim, które staje się momentami bardzo istotne, jest w końcu badaczką romantyzmu, a ja romantyzm cenię – wydaje mi się nieoczywisty, ciekawy, mniej płaski niż inne epoki. […]

To jest moment, w którym „Wysokie Obcasy” budują symetrię pomiędzy anty- i feministkami. Sama jako Rozsądna Osoba umieszczam się dokładnie w jej środku. I pamiętam, że opatulona tym naręczem bezpiecznych osądów, kiedy słyszę od znajomej identyfikującej się jako feministka: „Słuchaj, sama zobacz, chodź na naszą demonstrację! To wygląda tak, że stoimy i coś krzyczymy, będzie nas jakieś 12, a z naprzeciwka będą leciały jajka” – to myślę o niej jako osobie szalonej. Takie spędzanie czasu nie leży w rozkładzie dnia Rozsądnej Osoby zainteresowanej humanistyką.

Mogłaby się tu pojawić teraz wzruszająca historia o tym, że następnie czytam Kobiety i duch inności i biegnę na Manifę, ale to nieprawda. Feminizm mnie interesuje jako zagadnienie naukowe, które mogłabym zgłębić punkt po punkcie, przeczytać z analitycznym dystansem listę jakichś lektur. I wtedy ta znajoma mówi coś w stylu: „To wspaniałe, że mamy taką sojuszniczkę jak Maria Janion. Ona nasz bastion, nasza legitymizacja i ostoja w tej Warszawie, dzięki niej tu jakoś funkcjonujemy”. I jest to dla mnie najdziwniejsze zdanie, jakie można wtedy wypowiedzieć.

Na pierwszą w życiu Manifę pójdę pięć lat później, a organizować będę ją po raz pierwszy osiem lat później. Ale już wtedy zostaje mi w środku jakaś zadra, której nie mogę zdefiniować.

Pewnie bierze się ona stąd, że jestem wychowywana przez UJ w duchu, że literatura to rodzaj świętości. Moje synapsy nie potrafią nadrobić tego przejścia z Wielkiego Autorytetu Literackiego do hałaśliwej ulicy, która się czegoś domaga. Ale Kobiety i duch inności faktycznie czytam pewnie mniej więcej w tym czasie, wstyd się przyznać, jak późno, wcześniej znam pewnie fragmenty tekstów, które pasują mi do jakiejś pracy. I trochę nie mogę uwierzyć, jak to jest możliwe, że praca naukowa może być deklaratywna, polityczna i nadal być częścią humanistyki.

Potem jeszcze chwilkę zajmuję się kobietami, pisząc filmoznawczą magisterkę, której podmiotem są postacie polskiej szkoły filmowej. Korzystam z prac Janion jako klucza, który pomaga mi opisywać kategorie absurdu i melancholii przez pryzmat romantycznych mitów. Pamiętam, że mam taki moment, że właściwie cała literatura przedmiotu mogłaby mi się do niczego nie przydać – oprócz Janion. Teksty o romantycznych bohaterkach i bohaterach nadal stanowią sekretny przewodnik po polskiej rzeczywistości XX wieku, pozwalają mi lepiej rozumieć swoje postacie. Choć nadal ich nie rozumiem.

Równolegle jest to czas, kiedy uczę się feminizmu – na własnej skórze, z ulicy i przez osmozę. Jest to proces tak bardzo nieuchwytny, że umiem go opisać tylko na dyskusjach panelowych wokół problemu, przez doświadczenia, których przestaję się wtedy wstydzić. Nagle własna historia staje się ważna, nie jest niczym obciachowym. Wszystko: literatura, kino, polityka składają się w całość. Jestem początkującą nauczycielką i jak każda polonistka przez pół drugiej klasy przebijam się przez Dziady.

[Justyna Drath, źródło]

 

 

Мгновения

Не думай о секундах свысока,
Наступит время, сам поймёшь, наверное.
Свистят они, как пули у виска,
Мгновения, мгновения, мгновения.

Мгновения спрессованы в года,
Мгновения спрессованы в столетия,
И я не понимаю иногда,
Где первое мгновенье, где последнее.

У каждого мгновенья свой резон,
Свои колокола, своя отметина,
Мгновенья раздают кому позор,
Кому бесславье, а кому бессмертие.

Из крохотных мгновений соткан дождь,
Течёт с небес вода обыкновенная,
И ты порой почти полжизни ждёшь,
Когда оно придёт твоё мгновение.

Придёт оно большое, как глоток,
Глоток воды во время зноя летнего,
А в общем, надо просто помнить долг
От первого мгновенья до последнего.

Не думай о секундах свысока,
Наступит время, сам поймёшь, наверное,
Свистят они, как пули у виска,
Мгновения, мгновения, мгновения..

[Рoберт Рождeственский]

*

Mgnienia

Nie traktuj z góry mijających chwil,
Bo kiedyś przyjdzie czas – zrozumiesz pewnie;
Przy skroni śmiga niczym kuli świst
Za mgnieniem mgnienie i kolejne mgnienie…

Zlewają się te mgnienia w szereg lat,
Zlewają się te mgnienia w tysiąclecie,
I przyznam, że już czasem nie wiem sam,
Które ostatnie, a które z nich pierwsze.

Przyczynę swoją każde mgnienie ma
I swoje bicie dzwonu, swoje piętno;
Mgnienie przesądza, komu będzie żal,
Kto pozna hańbę, a kto nieśmiertelność.

Z mgnień niezliczonych jest utkany deszcz,
A najzwyklejsza woda cieknie z nieba;
I czekasz całe życie, dzień za dniem,
Czy wreszcie swego doczekasz się mgnienia.

A ono przyjdzie wielkie niczym haust,
Haust wody w lecie, które wre od słońca.
I nie zapomnij, że powinność masz,
Od pierwszych mgnień pamiętaj aż do końca.

Nie traktuj z góry mijających chwil,
Bo kiedyś przyjdzie czas – zrozumiesz pewnie;
Przy skroni śmiga niczym kuli świst
Za mgnieniem mgnienie i kolejne mgnienie.

[tłum. mrówkodzik]

1. Wypróżnienie okiem świadomego życia

Urodzony optymista,realista .Bywam uparty ale tylko po to by móc coś znaczyć w tym zwariowanym świecie,żyje według swoich reguł i szanuje swój czas, zmieniam się jak i zmienia mnie życie ,moje wybory kształtują mnie,przed siebie patrze okiem świadomego życia, nie gniewam się na ludzi nie chowam się i i nie rozczulam i tym bardziej chować urazy nie potrafię co było to było , skupiam sie na tym co mi życie przyniesie dziś, chcąc budować samego siebie buduje kogoś tym co mam a to coś czego nie dostaje się od tak ,kocham sport jak i on kocha mnie to coś bez czego nie potrafię żyć to moment kiedy jestem silniejszy niż kiedykolwiek bo to daje mi siłę by móc żyć by móc cieszyć się tym wszystkim co mi dziś pozostało niezabrane to jak woda we mnie ,wnętrzu komórki mnie a dzień po dniu wypróznia i wyciska po to by móc na nowo mnie umocnić. Hiihoo heheee

2. Au t oceń zur@

Cze kam na konkretne jebdni3 ceela szmatu i kurwy

3. Moja dusza się nie rusza, ale wstaje z kolan

ŻYCIE ŁAMIE NAJSILNIEJSZYCH
RZUCAJAC ICH NA KOLANA
ŻEBY UDOWODNIC ,ŻE MOGĄ WSTAĆ
*słabych nie rusza,
ponieważ oni i tak spędzają życie na kolanach

4. Al(e)chemia

Opowiadanie o sobie nie jest ani łatwe, ani nie sprawia mi żadnej przyjemności. Wydawać by się mogło, że gość, który lubi gadać, uwielbia chwalić się osiągnięciami, wykształceniem, zainteresowaniami i kupą informacji, które nikogo specjalnie nie interesują. A jest dokładnie odwrotnie. Bo, jak się okazuje, między arogancją i skromnością może być chemia. I jest.

5. O sobie w trzeciej osobie (jak Cezar)

Artysta grafik z dyplomem magistra. Jazz determinuje jego życie. Ostatnio wciąga go świat tanga, improwizuje, ale dalej uważa, iż nie umie tańczyć. Początkujący palacz skręcanego tytoniu. Poeta duszy.Trudny charakter do wytrzymania, więc na dłuższą metę uzbrój się w cierpliwość. Gadulstwo jest jego mocną stroną, co wychodzi mu często tak na dobre jak i na za złe. Ma swój mroczny świat i za nic nie zechce go opuścic. Łatwo się przywiązuje. Niedzielny śpioch, który z chęcia nie wychodziłby z łóżka i najchętniej przespał w nim całe swoje życie. Typ wędrowca po górach. Zodiakalny strzelec. Jego imię znaczy tyle co święty, znakomity i doskonały, ale ani znakomity ani doskonały nie jest, a świętości szuka w codziennej prozie życia. Poszukuje odważnych i zwariowanych na punkcie swoich pasji ludzi.

6. Bo Mnie Irytują

Jestem złośliwy, sarkastyczny i niegrzeczny w stosunku do tych, którzy:
– nie czytają profilu
– wyłudzają fotki
– są gawędziarzami erotomanami
– mają zbyt wysoką wartość BMI

7. Czy się stoi, czy się leży, lustro/cisza się należy

Artysta życia niosący piękno. Istnienie bawiące się iluzją.
Szukam świadomej zabawy oraz pięknych luster.
Myślę, że jestem z tych, którym należy się cisza i samotność. Bycie z kimś tylko czasami na krótko.

8. Pizza Boryny

Jestem zwyczajny, „swojski” w dobrym tego słowa znaczeniu, szczery, bezpośredni.

9. Heteroliberalizm na propsie

Nudzi mnie pozerstwo, życie na pokaz, próżne udziwnianie rzeczywistości, otoczka lgbt, homokonserwatyzm i inne triki tego środowiska mające na celu postawić samego siebie ponad innymi.

10. Powieść o różnych

Trochę nie pasuję do świata nakreślonego w w tej powieści.

11. Maść na porost osób

Napisz, rośnie dowiesz

12. Odliczanie trwa

proszę mnie nie wkurwiać to wszyscy będą bezpieczni
nie wiem co tu robię i generalnie jak nie znajdę miłości mojego życia w jakiś tydzień to nara

13. Net worth

Myślę. Definiuję. Jestem.
Specyficzność zgodna z siecią wartości :)

14. Za to jest poezja <3

Tak, jestem realny.
Oral w obie strony.
Jesteś zainteresowany?
Zapraszam do rozmowy.
Mam prawo decydować z kim się spotykam.
Ty też. Nie ma tu filozofii.

 

Dolina, dolina, kamenný chodníček,
kde je naša verná láska, švarný šuhajíček?

Šuhajova láska, a moja sloboda,
naše verné milovanie ako v koši voda.

[tekst ludowy]

*

Dolina, dolina, dróżka z kamykami;
gdzie jest nasza wierna miłość, piękny ukochany?

Kiedy on mnie kocha, znaczy: jestem wolna;
A uczucie nasze wierne – to jak w koszu woda.

[tłum. mrówkodzik]

– What’s that bird singing? Do you recognize?

– Here? It’s no nigthingale, and not the lark.

– Maybe a blackbird, but an early one.

Chyba nadeszła zimy pora

Wyspa na której bugenwille
Błyszczały kiedyś girlandami
Morzem Irlandzkim teraz płynie
Po niebie skrytym za chmurami
To moje miasto gdzie śpiewały
Ogrody chmarą barwnych ptaków
W rytm passiflory i agawy
Zarwało się runęło na dół

Przez ciebie widzę świat na opak
Chyba nadeszła zimy pora

Tamtego ranka wulkan wrący
Cały się skrzył radością życia
Dziś wieczór garbi się milczący
Wystygłą lawę szadź pokrywa
W moim miasteczku tropikalnym
Panował niezmącony spokój
Skąd zatem pomysł ten fatalny
By stworzyć inne pory roku?

Przez ciebie widzę świat na opak
Chyba nadeszła zimy pora

Skąd taki hałas skąd ta cisza?
Czemu stąd zabierają dzieci?
Co myśleć mam o transwestytach
Którzy się z okolicy zleźli?
Na co tak wyczekuje w deszczu
Ten czarny koń pod mymi drzwiami?
I skąd ten wiatr? Miłość odeszła!
A ty mi nic nie powiedziałeś!

Przez ciebie widzę świat na opak
Chyba nadeszła zimy pora

przeł. mrówkodzik

Liczba stron w książce – 60

Cena okładkowa książki – 24 zł

Opis wydawcy „Kolejna niezrozumiała książka najbardziej niezrozumiałego ze współczesnych autorów” – bezcenny

 

 

Una vecchia bretone
Con un cappello e un ombrello di carta di riso e canna di bambù
Capitani coraggiosi
Furbi contrabbandieri macedoni
Gesuiti euclidei
Vestiti come dei bonzi per entrare a corte degli imperatori
Della dinastia dei Ming

Cerco un centro di gravità permanente
Che non mi faccia mai cambiare idea sulle cose sulla gente
Avrei bisogno di
Cerco un centro di gravità permanente
Che non mi faccia mai cambiare idea sulle cose sulla gente
Over and over again

Per le strade di Pechino
erano giorni di maggio tra noi si scherzava a raccogliere ortiche
Non sopporto i cori russi
La musica finto rock la new wave italiana il free jazz punk inglese
Neanche la nera africana

Cerco un centro di gravità permanente…

*

Stara Bretonka w kapeluszu
z parasolką z papieru ryżowego i z bambusu
Odważni kapitanowie
I przebiegli szmuglerzy z Macedonii
Euklidejscy jezuici
Ubrani jak mnisi buddyjscy zmierzający
Na dwór cesarzy z dynastii Ming

Stałego środka ciężkości wciąż szukam
By nie zmieniać już zdania o rzeczach i ludziach
Jego potrzeba mi
Stałego środka ciężkości wciąż szukam
By nie zmieniać już zdania o rzeczach i ludziach
Over and over again

Na ulicach Pekinu nastały majowe dni
Dla żartu zbieraliśmy sobie pokrzywy
Nie znoszę rosyjskich chorów
Podróby rocka włoskiej nowej fali free jazzu i punku z Anglii
I czarnych dźwięków z Afryki

Stałego środka ciężkości wciąż szukam…

[tłum. mrówkodzik]

 

 

 

 

 

 

 

 

[Eugeniusz Tkaczyszyn-Dycki, Kamień pełen pokarmu]

– Schwesterlein, Schwesterlein,
Wann geh’n wir nach Haus?
– Morgen wenn die Hahnen kräh’n,
Woll’n wir nach Hause geh’n,
Brüderlein, Brüderlein,
Dann geh’n wir nach Haus.

– Schwesterlein, Schwesterlein,
Wann geh’n wir nach Haus?
– Morgen wenn der Tag anbricht,
Eh’ end’t die Freude nicht,
Brüderlein, Brüderlein,
Der fröhliche Braus.

– Schwesterlein, Schwesterlein,
Wohl ist es Zeit.
– Mein Liebster tanzt mit mir,
Geh’ ich, tanzt er mit ihr,
Brüderlein, Brüderlein,
Lass’ du mich heut’.

–Schwesterlein, Schwesterlein,
Was bist du blass?
– Das macht der Morgenschein
Auf meinen Wängelein,
Brüderlein, Brüderlein,
Die vom Taue nass.

– Schwesterlein, Schwesterlein,
Du wankest so matt?
– Suche die Kammertür,
Suche mein Bettlein mir,
Brüderlein, es wird fein
Unterm Rasen sein.

————————————
Zob. A chtóz tam puka.

– W końcu wydał książkę, więc jest poetą.

– Relacja między napisaniem czegoś a byciem poetą jest taka jak między zdjęciem koszulki a byciem kulturystą…

 

– Chciał pan zapłacić?

– Nie, chciałem zapłakać.

– Gotówką?

– Kartą. I to kredytową.

Rozdział w tłumaczonej powieści – 14 tysięcy znaków.

Szacowany czas do końca pracy – 30 minut.

Bohater, który w 2 ostatnich niepozornych, prozooptycznych akapitach zaczyna rapować, przez co ich przekład zajmuje 3 godziny – bezcenny.

 

%d blogerów lubi to: