Archives for posts with tag: profesorka

– Czemu ta kobieta dwa miejsca dalej tak głośno napieprza?

– Bo jest zatkana. Mówi potwornie przez nos, więc pewnie i uszy ma zapchane. Ale nie pociąga nosem, więc to nie katar, tylko jakaś patologia anatomiczna.

– Albo takie polipy, że mogłaby z nich ugotować zupę frutti di mare dla czterech osób.

– Ciekawe, dokąd jedzie. Może wysiądzie już w Poznaniu?

– To by wiele wyjaśniało. Jeśli poznaniaczka, to dlatego się nie leczy z tego zatkania, że po pierwsze nie wyda na lekarza, a po drugie, nie oddychając przez nos, może zaoszczędzić też powietrza!

– Ja już chyba rozumiem, czemu wszyscy jej uczniowie tak mażą prawym pedałem, jakby brodzili w błocie. Bo ona potrzebuje na maseczkę do konserwacji swojego stanowczego matczynego uśmiechu!

– She’s like mother for Polish pianists. She’s like their mummy. Their very mummy.

Znajoma opowiada, jak ileś lat temu podchodzi do swojej wykładowczyni od fortepianu przed egzaminem, na którym miała grać sonatę zadedykowaną przez kompozytora owej pani profesor, żeby wyznać:

– Pani profesor, ja chciałabym z góry przeprosić, że nie mam tej sonaty za dobrze opanowanej…

– Kicia, nie przejmuj się! Muzyka to nie fisy, gisy!

– A ty się z nim po jakiemu komunikujesz, po angielsku czy po niemiecku?

– Po angielsku, doskonale się dogadujemy, czasem coś tam mnie poprawia, ale dajemy radę. Bo moja profesorka mówiła, że to łatwy język jest, taki murzyński. Więc sobie gadamy po murzyńsku.

– No wiesz co…!

– No dobrze: po afroamerykańsku.