Archives for posts with tag: proza

Rozdział w tłumaczonej powieści – 14 tysięcy znaków.

Szacowany czas do końca pracy – 30 minut.

Bohater, który w 2 ostatnich niepozornych, prozooptycznych akapitach zaczyna rapować, przez co ich przekład zajmuje 3 godziny – bezcenny.

 

– Dawno temu, jak byłem we Francji, kupiłem sobie magdalenkę. Wiesz, żeby się poczuć jak Proust.

– I co?

– I nic. A nawet gorzej. To niebezpieczne jeść magdalenkę z herbatą.

– Tak! Te drobinki!

– Już widzę, jak się tym krztuszę.

– Ja też! Może to tak naprawdę na to chorował Proust, a nie na astmę.

– Byłoby to jakieś wyjaśnienie dla niedotlenionego tempa jego prozy.

 

– Mam często wrażenie, że ten poeta nienawidzi poezji. Bo nienawidzi formy. A to ona zasadniczo odróżnia poezję od prozy, eseistyki, lub – jak w tym przypadku – doraźnej publicystyki.

– Ja czasem myślę, że dobrze że niektórzy poeci umarli i nie mieli okazji doświadczyć swojego upadku i pisania złych wierszy zaangażowanych bądź odgrzewania kotletów. Wydaje mi się, że nawet gdyby Barańczak napisał taki wiersz, to przynajmniej miałby on formę i to by ten wiersz ratowało, i mój stosunek do Barańczaka. Ostatnio przeczytałem, że proza to graniczny przypadek poezji, bo bez wersyfikacji.

– Przypadek graniczny niech sobie będzie. Ale, ale – kiedy coś jest przeważającą normą, to przestaje być graniczne, nie? Dziś granicznym przypadkiem poezji jest poezja. Mam wrażenie, że niektórzy wiekowi poeci są jak szczeniaki, które nigdy nie wyrosły ze swojej, psiamać, „awangardy”. Po raz kolejny mam wrażenie, że awangarda to dla niektórych inne określenie lenistwa. I  tkanina na nowe szaty cesarza, najtańsza z tanich.

– No, ja też mógłbym napisać felieton, podzielić go na wersy i ogłosić się nowym pretendentem do nobla. I byłbym niedoceniany, tak jak on. Ale przeceniany to już nie.

 – Najwyżej przeceniony.

 

[wprowadzenie: patrz tutaj]

Wydawało się to tak nieprawdopodobne, że Wilhelmowi zajęło trochę czasu, nim pojął znaczenie zniknięcia korony. Gdy do niego dotarło, chwycił fotel i roztrzaskał go o mur. Odwrócił się do emira. Miesiące spędzone na wojnie przywróciły jego nieco zbyt pulchnej ostatnio twarzy jej pierwotne piękno. Rude włosy spadały mu na ramiona i gdyby nie czarna broda odziedziczona po hiszpańskich przodkach jego matki i jego ciemna cera, wyglądałby kropka w kropkę jak jego ojciec Roger II. Górował wzrostem nad Maionem, któremu wydawało się przez chwilę, że gniew króla zmiecie go z powierzchni ziemi. Dla rozrywki dworzan król wyginał czasami żelazne kraty gołymi rękami albo podnosił wierzchowca wraz z jeźdźcem! Co więc mógłby uczynić z emirem…

– Znajdź ją, Maionie. I to szybko – syknął Wilhelm.

– Tak jest.

 *

Drukowało się to tak bezprzykładne, że Wilhelmowi rozerwało ciut terminu, nim zmiarkował prestiż zatarcia się zwieńczenia. Gdy do niego dojeżdżało, ucapił urząd i pokiereszował go o parkan. Mełł się do doży. Trymestry przezimowane na interwencji zbrojnej reaktywowały jego cokolwiek kolportaż brzuchatej przedwczoraj renomy jej nieuczęszczaną dorodność. Ryżawe uczesanie dyndało mu na wysięgniki i gdyby nawet nie obskurne podgardle sukcesyjne po hiszpańskich dinozaurach jego rodzicielki i jego nie oświetlona ogorzałość, wypatrywałby oczy zanieczyszczenie w plamkę jak jego wynalazca Roger II. Poprzerastał głębokością nad Maionem, któremu redagował się przez wzgląd na momencik, że rozdrażnienie przodownika odskrobie go z dwuwymiarowości gumna. Dla frajdy dworzan orzeł wyginał oznaczonymi dniami stalowe ogrodzenia zdziadziałymi mackami albo pozaciągał ogiera chóralnie z amazonką! Co tedy podołałby opracować z radżą…

-Wytrzaśnij ją, Maionie. A także niniejszy rychło – rozszumiał się Wilhelm.

– Być może idzie na karb.

Przyznaję się: tłumacząc większą ilość prozy, uciekam się czasem do korzystania z tezaurusa wbudowanego w edytor Word. Razu pewnego, mocno nad ranem, po nocy spędzonej nad tekstem, wpadłem w głupawkę i zainspirowany zabawnymi propozycjami tezaurusa, przerobiłem nim fragmenty, które podaję najpierw w brzmieniu oryginalnym, a potem ze wszystkimi słowami (z wyjątkiem niektórych zaimków, przyimków itp.) pozamienianymi tezaurusem.

Podszedł do nich stajenny i wysłuchał instrukcji, które cicho przekazał mu emir. Zaraz ze stajni wyszedł koniuszy, prowadząc za uprząż dwie klacze, jakich Tankred w życiu nie widział. Średnich rozmiarów, maści różowobiałej w złote plamki, o długich jedwabistych grzywach.

– „Dzieci wiatru” – cicho rzekł Hugo z podziwem – Nie wiedziałem, że masz takie skarby.

Poprzysuwał się do nich stajenny tudzież uwzględnił rekomendacje, które bezszmerowo wygęgał mu maharadża. Morowych powietrz ze stajni wyguzdrał się ordynat, komenderując za smycz dwie kobyły, jakich Tankred w egzystencji nie rozważył. Statystycznych formatów, kolorystyki obiecująco bladej w kanarkowe kleksy, o rozwlekłych brzoskwiniowych kudłach.

– „Oseski podmuchu” – wyartykułował Hugo konspiracyjnie z achami i ochami. – Nie obeznałem się, że dzierżysz takie cacka.