Archives for posts with tag: przesłyszenie

– Nie pojmuję fenomenu Marleny Dietrich. Skąd taka kariera? Dlatego że Hitlerowi robiła?

– No chyba wręcz przeciwnie, ona działała przeciwko, w ruchu oporu. Żydów ratowała.

– Katowała?

– Tak! Swoimi piosenkami i filmami!

– Aha.

– Poza tym ona razem z tą drugą…

– Garbatą Gretą?

– Nie, tą drugą, z Francji…

– Gretą Piaf?

– One jeździły i dawały żołnierzom na froncie…

– Dupy?!

– Nie, koncerty!

– Swoją drogą z Edith Piaf toby byłą niezła perwersja.

– No tak, Dietrich to przynajmniej miała dużego fiuta.

– Te rodzaje wrażliwości mają się do siebie jak Almodóvar do Bergmana. Nie, źle, jak Tarantino do von Triera. Zero miłości.

– Zero miłości u Tarantina?

– A ty widziałeś u niego choćby kawałeczek miłości?

– No tak, w kiblu*.

—————————————————-

*Powiedział: „w Kill Billu”.

– Wiesz, że taki szczur jest o wiele inteligentniejszy niż mysz? Różnica jest ogromna.

– No co ty.

– Naprawdę. Potrafi z tobą siedzieć, łasić się, towarzyszyć, czymś tam się zajmować, a taka mysz to tylko biega jak głupia i coś gryzie.

– I mówisz, że szczur poznaje człowieka?

– Jak najbardziej poznaje! Tak jak na przykład żółw.

– No fakt, żółw poznaje. 

– A szczur jest przecież o wiele bardziej zaawansowany.

– No tak, żółw ma i skorupę, i pazury…

– Szczur, mówię, że szczur jest bardziej zaawansowany!

– Szczur? Ale szczur ma tylko futro i ogon, i oczy, i tyle. A żółw ma to samo i jeszcze skorupę, więc wiesz.

– Popatrz, tam leży nasza wielka rodaczka.

– Napoleon?

– Napoleonka?

– Neapolitana?

– Apollina?

– Pollena!

– Mam przy sobie ciasto kopiec – mówi Vrublini, ale dla pewności dopytuję, powątpiewając, że przyniósł ze sobą na wernisaż kopiec kreta:

Ciasto kopiec?

– Ciasto kopiec.

– Ciasto kopiec? Kreta?

– Nie, ciasto kopiec – w swoim mniemaniu wyjaśnił, ale  ja nadal słyszę to co przedtem.

– No mówię, że ciasto kopiec.

– Nie ciasto kopiec, tylko ciasny chłopiec – do mojego mózgu dociera kolejna wersja. Dociekam, żeby sprawdzić, czy zrozumiałem:

– Jaki ciasny chłopiec?

– No czarny, czarny ciasny chłopiec. – Zatem pojawiają się jakieś konkrety.

– Czy on powiedział „ciasny chłopiec” czy „ciasto kopiec”? – podejrzliwy wobec własnego słuchu pytam towarzysza z naprzeciwka.

– Tak – odpowiada z przekonaniem.

– Co tak?

– Ciasny kopiec.

– Ale jaki ciasny kopiec?!

– Czarny.

– Czarny ciasny kopiec?

– Nie, czarny ciasny chłopiec.

– Tu, patrzcie, tu mam! – przerywa z rezygnacją Vrublini i macha nam czymś przed nosem: to  czarny c i e n k o p i s, który przez cały czas trzymał w ręce.

Rubuk pyta z drugiego pokoju:

A co to leci?

– Kantata Ach, lieben Christen, seid getrost*.

I, nie dosłyszawszy odpowiedzi, odkrzykuje ze zdziwieniem tłumaczenie:

Dobry Jezu został usmażony?!

 

———————————————————————–

* „Ach, mili chrześcijanie, bądźcie pocieszeni”.

 

Po kiepsko zagranym i źle zaśpiewanym rekwiem Faurégo dyrygent z nie do końca pojętych względów postanowił przemówić do publiczności, ozywając się takimi oto słowami:

Non nobis, sed tibi, Deo, gloria. Nie nam, lecz tobie, Bogu, chwała.

W drodze do wyjścia, przechodząc przez foyer, spotykam znajomego, który lekko się trzęsie ze śmiechu. Mówi:

– Słyszałem właśnie rozmowę dwóch pań w średnim wieku. Jedna pyta drugą, co ten dyrygent powiedział na końcu, a tamta odpowiada: „Nie ma bis, chwała Bogu”.

Ja: Ty właśnie powiedziałeś, że Polska jest świńska czy śliska?

Obcokrajowiec: Śliczna!

Bartoż [ze smutkiem]: Ani świńska, ani śliska.

– To co, będziemy się…?

– Okej, ale ty ciebie czy ja mnie?

*

– Korzystaj z sieci, bo połączenia to dużo kosztują.

*

– Idziesz do siebie?

– Tak.

– Nie do mnie?

– Do siebie. Mówiłem, że ja tak nie lubię.

– Tak.

– To znaczy, że w ogóle lubię.

– Co?

– To nie znaczy, że w ogóle nie lubię.

*

– Bycie aktywnym jest łatwiejsze.

– Poniekąd.

– Donikąd?

– Widziałem się z rzeczonym.

– Z narzeczonym?

– Na razie tylko rzeczonym.

– Nie wiem, co lubisz.

– To deklaracja czy pytanie?

– Co lubisz.

*

– Jestem pierwszy.

– No chyba nie.

– Wypiłeś?

– Nie. Ale paru było.

*

– Damy radę.

– Chyba nie?

– Chyba damy.

*

– Jesteście Żydami?

– Tak. Zaraz się zbieramy.

– […] Nie zakładam.

– Co? Niespodzianka?

– Nie zakładam.

– No tak, to może być niespodzianka.

– Ale nie zakładam. Może być miła albo nie. Więc nie zakładam.

– No jak się nie zakłada, to może być niemiła.

– Nie wiem. Można nic nie czuć.

 – To co, mam jeszcze przynieść mozzarellę i rukolę?

– Powiedziałeś: tarantellę i farandolę?

– A ja zawsze mam nieżyt.

– Nieżyt?

– Nadzieję.

*

– Ty gdzieś dalej?

– Powinienem do domu, ale chuj wie.

– Tak, chuj wie.

*

– Ale uprawialiście ze sobą seks?

– Poniekąd.

– „Nun achte wohl und lass mich sehn”!

– Nun achte wohl und blas mich sehr?!

– Sandauer tak pisał.

– Derrida też.

– Derrida też, ale to jest inne „też”.

*

– Myśmy dziś rozmawiali o tautologii, czy nie?

– Tak, ale nie nazywaliśmy tego patologią.

*

– Nie mogę słuchać tego kiczu.

– Ja mogę.

– Ja lat osiemdziesiątych też w miarę mogę. Dziewięćdziesiątych mniej. Są mi za bliskie doświadczeniowo.

– Ja tak mam z II Wojną Światową. 

Jest taka piosenka The Cranberries Zombie, wszyscy znają, to nie zagnieżdżam.

Tekst jest przyzwoity. Jest w nim taki fragment:

 But you see, it’s not me, it’s not my family.
In your head, in your head they are fighting,
With their tanks and their bombs,
And their bombs and their guns.
In your head, in your head, they are crying

Dopiero niedawno dowiedziałem się, że tam jest:

 And their bombs and their guns.

Całe życie myślałem, że ona śpiewa:

And their bombs and they’re-gones.

„Ich bomby i ich odejścia/zniknięcia”, tak to rozumiałem, według tej samej logiki co must-haves, dos and don’ts czy has-beens. Wydawało mi się to bardzo udane i całkiem poruszające. A tu feler.

Wychowawczyni w podstawówce mówiła coś o konieczności udzielenia przez nas pomocy  dziewczynie z klasy, która miała dość poważne problemy. Wychowawczyni przemówiła, siląc się na oficjalny styl:

Celem pomożenia Małgosi…

a ja zrozumiałem:

Celem pomorzenia Małgosi…

Skamieniałem w szoku, póki – po dłuższej chwili – nie zrozumiałem, że chodzi o pomoc skierowaną do Małgosi, a nie o pomór dokonany na Małgosi.