Archives for posts with tag: przyczyna

– Słownik w telefonie zaczyna mi tworzyć poezję: „Dla mnie to nie jest, to dla nas, w tym roku na terenie całej masy mięśniowej, i tak się zastanawiam nad morzem w górach…”

– O, prawie jak nowe tomy Krzysztofa Siwczyka, tylko za mało trudnych słów.

 – „Zaiste nie ma problemu z ich strony. A czas kiedy to się stało w sumie ponad nami i tak się stało”.

– Nie, chodzi bardziej o słowa typu „postmodernistyczna transgresja hiperrealizmu”.

– Mam nowy telefon. W nim słownik myśli inaczej, ale też ciekawie: „Hiperrealizm nie jest tak jak jest to co się stało z tego powodu w sumie nie ma co liczyć na fachową obsługę klienta”.

– Pełna zgoda. Nie ma co liczyć. Chyba że liczyć wyrazy uznania. Klasyczny postmodernizm: nie ma treści, są tylko komentarze. Jest recepcja. Taka recepcja bez hotelu.

– Postmodernistyczna to się jeszcze bardziej dzieje z moim chłopakiem.

– Co?

– Słownik zasugerował chłopaka, zasugerował to co wszyscy znajomi odradzają.

– I co z tym chłopakiem?

– Nic. To wszystko napisał słownik.

 

–  Postanowiliśmy nie przynosić pracy do domu…

– Oj, to świetny pomysł!

– …Więc zaczęliśmy mieszkać w pracy.

 

– Złabość niekiedy rodzi faktyle. Człowiek nienatrzeźwiały, a niekiedy i skętny, uprawia nocnowłóctwo, psotkania, rzycie pciowe. Występują desirrhoea i kogucia ślepota. Aż po którejś nocy kupały, po którymś 29-ym lutego wszystko się robi glebiste. Nie w głowie fekanie; lafajety głęboko w szafie, gwizd zwisa na kwintę zmniejszoną. I potem codziennie jest już tylko wieczne po wczoraju. A księżyc to nadal placebo.

————————————————-

* W rozszyfrowaniu niniejszego komunikatu, który chyba i tak jest dość jasny, pomóc może słowniczek mrówkodzika.

– Dziwne, że się można kłócić o takie drobne rzeczy.

– Najwyraźniej wcale nie są drobne. O faktycznym kalibrze problemów nie przesądza ich powszechna kwalifikacja, tylko ich skutki w danej sytuacji.

– Jedna pielęgniarka mi powiedziała, że w paszczy mamy tyle bakterii, że w odbycie tyle nie ma.

– No tak, bo na dupie nosimy majtki, a na twarzy nie.

– Nie śpiewajcie ze mną, ja w chórze nie umiem. Jestem urodzoną solistką.

– Z nami nie zaśpiewasz tego duetu?

– Ale jak to, duet we trzy?

– We dwie, bo ty śpiewasz z plejbeku.

– Ja nie wiedziałam, że śpiewam z plejbeku, bo nie znam obcych wyrazów!

– Te stwory z twojego zdjęcia mają miny jak z rycin Jana Krzysztofa Kluka.

– Nie zwróciłem na to uwagi, ale masz rację.

– Ale chyba źrenice to raczej innego kształtu powinny mieć? Bo teraz wyglądają jak futro z lisa wyjedzone do cna przez mole…

– No widać, że są tym faktem zdziwione.

– Mnie tam ostatnio spotkała historia oburzająca wręcz.

– Historia oburzająca wręcz w gejowskim barze? Niebywałe! A co dokładnie?

– Przy wyjściu widzę jakiegoś kolesia, patrzę, a on jest kropka w kropkę jak ten z plakatu festiwalu filmowego LGBT. Broda, czerwone okulary, te sprawy. I mówię mu to: „Wiesz, wyglądasz jak przedstawiciel społeczności LGBT!” . A on z wściekłością odpowiada: „Masz szczęście, że mieszkam niedaleko, bobym ci pokazał fucka!”.

– Popatrz, kto do mnie napisał, i to dosłownie w tej chwili: „moin moin süßer grüße aus heide sendet dir dirk!!”.

– Jaka, kurwa, Heide? Jak „moin”, to jakaś na północy pewnie.

– Też nie wiem. Może jakaś kurwa imieniem Heidi?

– Myślę, że chodzi o Lüneburger Heide, ale możesz na wszelki wypadek dopytać. „Welche, kurwa, Heide?”.

– Zaprawdę, wolę nie pytać. Możesz się domyślić, co za typ. Nie musiałem nawet zaglądać na profil, żeby wiedzieć, że to jakiś pięćdziesięcioletni brzuchaty niemiecki zbok. Poczułem się jak zmolestowany gastarbeiter.

– Pewnie taka gruba, niedomyta meduza z mackami.

– Tak, tyle chociaż dobrze, że bardzo wysoka, więc mnie to chyba razi.

– Razi cię bardzo wysoka? Powiem Wehwaltowi.

– „Mniej to chyba razi”, miało być. Ale wyszło zabawnie.

– Aaa, rozumiem. To nie powiem.

– Pracujesz?

– Zaraz będę. Teraz czytam o narządzie. Lemieszowym.

– A, jest taki narząd.

– O, słyszałeś o nim. Wiesz gdzie?

– Nie na członku?

– Hm, brzmi ciekawie. No dobra, a jak myślisz – do czego służy?

– Nie wiem. Coś… Łączy? Coś dzieli?

– A jaki jest?

– Mały.

– Czemu?

– Bo najwyraźniej większy jest niepotrzebny.

 

 

– Proszę nie rozmawiać, spektakl już trwa.

– Pan nie zrozumiał w ogóle konwencji…

– Proszę nie gadać i już.

– Ale to jest opera buffa!

– Pamiętasz symbolicznego samotnego ziemniaka, którego znaleźliśmy na ulicy w naszą pierwszą, niezbyt udaną rocznicę, co leżał potem na parapecie miesiącami, jako memento? Zasadziliśmy go i zobacz, jaki wielki wyrósł!

– Nigdy nie widziałam takiego wielkiego ziemniaka! Ale ten czas leci… Ani się obejrzysz, a tu ziemniaki rosną. I one urodzą dzieci, i to będzie neverending story.

– Tak, zjemy te bulwy, to będzie skonsumowanie małżeństwa. I znowu zasadzimy. No, mam nadzieję, że coś z tego wyniknie.

– Tiaa… Z miłości ziemniaki wynikają.

– Ja mam problemy z zapamiętywaniem imion…

– Każdy ma przecież jakoś na imię, więc po cholerę to pamiętać!

– Zagrajmy w karteczki na czole.

– O nie! Nie gram w to. Ostatnio jak graliśmy i miałem do odgadnięcia Jarocką, to ona zaraz potem umarła.

– Ona już długo umierała, bo miała raka.

– Myśmy też długo grali…

– A ty z kiedy jesteś?

– Z września.

– To wiele wyjaśnia.

– A jeszcze więcej zaciemnia. Jak dobry makijaż.

– Wyjaśnia. Wyjaśnią tą ciemność.

– O, Marta znowu hałasuje na górze.

– Jaka Marta?

– Duch Marty.

– Duch? Hm… My też przedwczoraj słyszeliśmy jakieś hałasy. Baliśmy się pójść i sprawdzić. Stwierdziliśmy, że jak to jakiś zbrodzień, to zjemy kolację do końca, a potem wyjdziemy na spacer, żeby miał spokojnie czas się ewakuować.

– Mówię wam, to duch Marty.

– No dobrze, ale dlaczego akurat Marty?

– Bo jak wołam „Marta, uspokój się!”, to się uspokaja.

– 30 to jednak nie jest nowe 20. Starzeję się i ogólnie konformizuję. Przestawiłem w Wordzie interlinię z 1,15 na 1,5. Pora umierać.

– Ja zrobiłem odwrotnie, ale dowodzi to tego samego, ponieważ dopiero niedawno zauważyłem, że można ustawić 1,15. Grube tysiące stron wklepanych w Wordzie, a tu zdziwko, dziadu. Tak, 30 to nie jest nowe 20.

–  Albowiem wydaje mi się, że za naszych czasów interlinii 1,15 jeszcze nie było. Było tylko 1 i 1,5 do wyboru. 1,15 wprowadzono w jakiejś późniejszej aktualizacji.

– O której z pewnością uczą w gimnazjum…

– Czemu się zagłodziłem? Nie wiem. Może byłem smutny, może coś. Może miałem wstręt do apetytu.

Vrublini był świadkiem, jak dziecko pyta matkę na placu Bankowym:

– Mamo, a czemu ta flaga nie jest biało-czerwona, tylko żółto-czerwona?

– Bo zżółkła.

– Po co ci aż trzy?

– Bo była promocja „kup trzy”.

– I tyle? „Kup trzy”?

– Tak.