Archives for posts with tag: przyzwyczajenie

– Kto to dzwonił do drzwi?

– A co, obudził cię?

– W sumie nie spałem, czytałem.

– A, to dobrze. Jakiś chłopak.

– Czego chciał?

– Nie aż tak interesujący, żebym chciał z nim dłużej gadać.

– Aha. A jak wyglądał?

– Chciał mnie o coś tam pytać, ankieta jakaś.

– I powiedziałeś, że nie masz czasu.

– Tak. Że nie jestem zainteresowany.

– I co?

– A co miało być… Okej: i wtedy on odwrócił się, i odszedł. A gdy tak stąpał, oddalając się w blasku zachodzącego słońca, krzyknąłem za nim cichuteńko: „Kocham cię…!”.

 

 

– Pomyśl, ona kiedyś mogła być…

– Ładna?!

Trochę ładniejsza.

*

– Ja to miejsce nazywam lejem po bombie, względnie café „Po Schodkach”.

– A ja na to mówię… Miejsce użyteczności publicznej.

*

– Ale pracujesz gdzieś jeszcze?

– A co, ty myślisz, że ja z uniwersytetu żyję?!

– Ja tam żyję z przyzwyczajenia.

 – …Tak jak z dziennikarzami mówiącymi „w roku dwutysięcznym dwunastym”. Ja się też przez nich osuchałem i zacząłem źle mówić.

– „Osłuchałem”.

– Powiedziałem „osłuchałem”.

– Powiedziałeś „osuchałem”.

– Nie, „osłuchałem”. Ty już z założenia nie słyszysz tego „ł” łu mnie.

– Ja zaś z każdym dyżurem przywykam do nie-chłopaka; nie wiem dlaczego, w szpitalu czuję to bardziej.

Znajomi dość długo starali się o dziecko. Większość ich przyjaciół doczekała się już potomstwa, a oni jakoś nie mogli. Bywając u zaprzyjaźnionych par, bawili się z ich dziećmi, mówiąc o sobie per ciocia, wujek.

Kiedy urodziła się im córka, wielokrotnie przyłapywali się na mówieniu do niej:

– Chodź do wujka na rączki!

– Uśmiechnij się do cioci!