Archives for posts with tag: publiczność

– Aby się obyć oraz pokaszleć sobie i posmarkać przy „Parsifalu” bez konieczności wychodzenia z domu i zakładania cyrkowej biżuterii warto kupić/wypożyczyć ten utwór na DVD i napawać się kulturą w zaciszu domostwa.

– Ale taki sposób ma jedną zasadniczą wadę: obędziesz się, ale nie pokażesz! Ha. A na festiwalach – z Beethovenowskim na czele – pokazówka jest najważniejsza.

– No mamy kilka nagrań na DVD. Trzeba odpalić – Wielkanoc to dobry moment. Obwiesimy się koralami i bransoletami i pokaszlemy se przy akompaniamencie dzwonów!

 

 

 

– To jedna z możliwości tego, jak wygląda piekło: przegrzany teatr, gadający sąsiedzi i opera Mozarta grana bez końca. Nie, w sumie wystarczy raz.

– Denne libretto, ten sam schemat powtarzany w kółko co kwadrans, i skończyć się nie może, przynajmniej o jeden akt za długie.

– Kiepska tragedia ma tę zaletę, że bywa przynajmniej śmieszna, ale kiepska komedia to prawdziwy dramat, bo nawet się pośmiać nie można.

Wieczór w operze. Premiera nieznanego opero-baletu Berlioza, osnutego na motywach mitologicznych i szekspirowskich jednocześnie, z bombastyczną obsadą – iluś solistów, kilka chórów, dzieci, tancerze, mimowie, kaskaderzy – potwornie długiego, za to kompletnie adramatycznego, coś w stylu kantaty w warstwie brzmieniowej z cyrkiem w wizualnej, czyli w sumie bardzo francuskie dzieło. Przedstawienie odbywało się w sali kameralnej Teatru Wielkiego-Opery Narodowej, która bardziej przypominała parter Opery Krakowskiej, a gmatwanina korytarzy była podobna do TW-ON tylko swoim skomplikowaniem, podczas gdy z wyglądu stanowiła mieszankę korytarzy z wielu oper, w których byłem i nie byłem, które są i których nie ma.

Inscenizacja była nadmiarowa, wykonanie średnie; niewydolnych śpiewaków wzmacniano niezbyt subtelnym systemem mikrofonów i głośników. Wśród solistów był znajomy muzykolog, ale jego występ był tak dziwny, że nie mogłem się zdecydować, czy pojawia się na scenie w charakterze śpiewaka, czy baletmistrza. Zasadniczym problemem jednak nie był sam spektakl, lecz publiczność. Siedziałem z rodzicami mniej więcej pośrodku widowni, w połowie pustej, która opróżniała się jeszcze bardziej po każdym z trzech i pół aktu, a za nami jacyś państwo stali sobie i w najlepsze popijali z plastikowych butelek, głośno rozmawiając; ich zachowanie wskazywało na to, że mogli czymś sobie doprawić tę oranżadkę. Warto zauważyć, że chociaż my siedzieliśmy w środkowych rzędach, ludzie tuż za nami zajmowali przedostatni. Zwracałem im kilkukrotnie uwagę, ale kwitowali to śmiechem pełnym lekceważenia.

Postanowiłem powiadomić ochronę, ale wszędzie napotykałem tylko apatyczne bileterki, które na dźwięk moich słów wybałuszały oczy, bledły i zaczynały się chwiać, przez co przypominały topielice albo rusałki kołyszące się na wodzie. Udało mi się wreszcie dotrzeć do konsoli inspicjenta, dla niepoznaki zlokalizowanej w garderobach. Panowało tam istne pandemonium, reżyser i jego asystenci obserwowali coś na monitorach i komentowali z ożywieniem, a dookoła przemykały tancerki w strojach rewiowych z pióropuszami, muzycy, technicy i masa innych ludzi. Nie chciałem przeszkadzać, ale w końcu nieśmiało zdecydowałem się zagadnąć reżysera i poprosić o wezwanie ochrony do tylnych rzędów. Nacisnął jakiś guzik, zabzyczało, i sprawa wyglądała na załatwioną.

Przy okazji dowiedziałem się, że należę do grona realizatorów, jestem współodpowiedzialny za to przedstawienie i mam się przygotować do ukłonów. Zacząłem gorączkowo szukać marynarki, którą zgubiłem gdzieś podczas bieganiny przez korytarze. Zdyszany, wciąż bez marynarki, wpadłem na salę, by stwierdzić, że ochrona bynajmniej tam nie dotarła, a sprawy uległy dalszemu pogorszeniu: było już kilka grupek stojących i pijących ludzi, inni bezceremonialnie wstawali, zakładali płaszcze, zabierali foliowe reklamówki i zbierali się do wyjścia. Wśród najgorzej rozrabiających, czyli bawiących się w najlepsze, spotkałem swoją ciotkę – toczyła ze znajomą swobodną rozmowę, wybuchając śmiechem, i prosiła co jakiś czas stojącego obok męża, żeby dolał jej szampana. Bardzo się uniosłem i powiedziałem do niej rzeczy niegodne.

Sytuacja na scenie coraz bardziej przypominała nieporadny spektakl dla dzieci z miejskiego domu kultury. Dekoracje stawały się coraz bardziej tekturowe, wykonawcy coraz mniej przekonujący, a scena zdawała się kurczyć, aż osiągnęła rozmiary przeciętnego dużego pokoju. Znalazłem już wprawdzie marynarkę, za to zorientowałem się, że nie mam niczego pod nią. Wreszcie opadła kurtyna, która z kolei była wąskim paskiem czarnego aksamitu, zakrywającym tylko środek sceny, akurat w miejscu, gdzie stałem i kłaniałem się, z marynarką na gołym torsie, ale i tak nikt mnie nie widział.

 – Na semiscenicznym wykonaniu Così fan tutte słuchacze ciągle wybuchali nieuzasadnionym śmiechem przy najsuchszych dowcipach i najbardziej sztampowych aluzyjkach. Widać publiczność – mogąc „legalnie” się zaśmiać w tak zwanym bardzo poważnym miejscu – jest gotowa z byle czego zarechotać się na śmierć.