Archives for posts with tag: Rabbio

– Nie nazwałbym wyboru tych fragmentów Fidelia najszczęśliwszym.

– Wiesz, mieli mało materiału nagraniowego, więc z konieczności zamiast fragmentów wybrali ustępy…

– Niebezpiecznie tak jeździć do tych zachodnich miast, ciągle tam jakieś zamachy…

– Hm, gdybym już miał doświadczać skutków jakichś zamachów, to wolałbym w Brukseli albo Berlinie niż w Warszawie. Kwestia organizacji.

– Ale daj spokój, nie będzie u nas żadnych zamachów. Po co się wysadzać w Warszawie?

– Właśnie, przecież można wysiąść dopiero w Berlinie. A o czym gadacie?

 

– Wiesz co angielska prasa pisała o Sienkiewiczu? „What Wagner did for Germany in music, what Dumas did for France, […] the great Pole has achieved for his own country in literature.”

– Ty, oni zawsze pisali blurby. Oni nie tylko piszą, oni myślą blurbem!

– Ale jakie długie wtedy pisali! Teraz są coraz krótsze. Bywa, że nazwa czasopisma lub nazwisko krytyka są dłuższe od blurbu.

– Poczekaj tylko, wkrótce tytanom literaturoznawstwa z The Guardian albo NYT Book Review będzie wystarczał sam wykrzyknik albo serduszko.

– Umówiliśmy się już na 25 grudnia.

– Ooo, to akurat na jorcajt Birgit Nilsson!

– Patrz, nawet ładnie go wyrzeźbiła! A kto by podejrzewał panią o aparycji dmuchanej lali o tego typu zdolności.

– Nie oceniaj po okładzinie! To proste, że się na tym zna. Przecież siebie samą wyrzeźbiła!

– I namalowała. Wiem nawet dokładnie, co to za technika: silikon na desce.

 

 

– Wiesz, co kiedyś było w miejscu, gdzie dziś jest Uniwersytet Muzyczny? Cyrk!

– Może jeszcze powiesz, że tam, gdzie dziś jest opera, był burdel?

– Nie, targowisko!

– To się niewiele zmieniło.

– Co to jest za gnomenreigen? Taniec podstarzałych Niemców stojących w kolejce do kibla w Filharmonii Berlińskiej i przestępujących z nogi na nogę, chociaż jak już dobrną do pisuaru, to nastąpi pauza generalna?

– Ale posłuchaj, jakie piękne skrzypeczki!

– Tia… Ledwo coś tam piłują. To ta prostata. Coś tam zaczyna ciurkać…

 

 

– Widziałeś ten szlaczek, który śpiewaczka zrobiła sobie na swojej stronie? Najwyraźniej dla ozdoby, bo muzycznie to jest właściwie bez sensu. Ale że człowiek z jakimkolwiek przygotowaniem muzycznym mógł wpaść na pomysł czegoś takiego… Ani metrum, ani kresek taktowych, laseczki nut w złą stronę… I jakieś niedorobione ósemki.

– Hmm. Może te glissanda między dźwiękami o tej samej wysokości to jest odkrywczy zapis wibrata typu i-jo, i-jo, w tercji, à la karetka pogotowia?

[klinkij, aby powiększyć]

– Przywrócili rynkowi na siłę historyczny wygląd. Odtworzyli stare żydowskie getto według dziewiętnastowiecznej ryciny, na której był jakiś zawszony koń plus krzywe drzewo, a na nim sęp. I chyba wisielec. A zatem wyrżnęli zieleń i wyłożyli całość kostką Bauma.

– To się nazywa rekonstrukcja tkanki miejskiej.

– Daj spokój z tą rekonstrukcją tkanki, bo zaraz znów będzie coś o napletkach…

– Patrzę na te koniaki, whisky i inne flaszki. Wiesz, ile rzeczy można kiedyś było załatwić takim alkoholem?

– Dziś też można załatwić. Siebie.

 

 

– Widzisz to zdjęcie?

– No. Kto to?

– Kozi drak.

– Kozi drak?!

– Tak!

– Wygląda jak Elektra śpiewająca Allein, ganz allein.

– Nie, to nie z „Elektry” tylko z czechosłowackiej bajki o czarownicy Ježibabie.

– A, na czarownicę to mi ona pasuje!

– To nie tak: ona nie grała czarownicy, tylko brzydszą część bagna, na którym ta wiedźma mieszkała.

– Nie rozumiesz, że swoją niewrażliwością obrażasz społeczność LGBTQF…?

– Jak dla mnie to to całe „QF” brzmi jak skrót od queef

Gramy w karteczki przylepiane do czoła – trzeba, zadając pytania, zgadnąć, jaką się jest postacią. Padają następujące mądrości.

*

– Jestem kobietą, w średnim wieku, nie za ładną, ty mnie znasz, ja siebie nie znam, ale mógłbym, na gruncie zawodowym, jestem związana z muzyką, ale ani jej nie tworzę, ani nie wykonuję, ani o niej nie piszę… Czy jestem związana z teatrem?

– Tak!

– Hm, to już wiele ułatwia. Tylko dla upewnienia: pamiętasz, mam nadzieję, że Krzysztof Warlikowski nie jest kobietą w tradycyjnym rozumieniu tego słowa?

*

– Jestem kobietą, w wieku dojrzałym, zajmuję się literaturą i mam męża… To nie jest łatwe!

– I, przypominam, lubisz siebie!

– Lubię siebie?

– To znaczy ty lubisz tę postać.

– To już w ogóle nie do odgadnięcia!

Coś nas podkusiło, żeby wrócić do domu późnopopołudniowym spacerem przez Nowy Świat, Krakowskie Przedmieście, Stare i Nowe Miasto. Idziemy.

Jakoś przed Bristolem pierwsza wystawa, jakby fragment torów kolejowych oklejony jakimiś brudnymi szmatami. Z opisu dowiadujemy się, że to szeroko pojęte Gloria Victis, i to pod patronatem podsekretarz stanu w MKiDN Wandy Zwinogrodzkiej (dobrze, że nie pod honorowym patronatem pani Joli z sekretariatu albo pana Edka z administracji). Parę kroków dalej kolejna wystawa, tym razem większa i bardziej błyszcząca, a zatem niewątpliwie znacznie bardziej atrakcyjna, coś o setnej rocznicy niepodległości, choć stylistyką glamouru z lat dziewięćdziesiątych pasowałaby raczej do trzydziestolecia transformacji. Niedaleko, po drugiej stronie ulicy, wystawa pod tytułem SOLIDARNI, trochę dziwnym, skoro poświęcona jest bynajmniej nie latom 80., tylko Marcowi ’68. Tablice pamiątkowe i krzyże z brzóz pod pałacem namiestnikowskim, klasyka. A zaraz dalszy ciąg wystawy niepodległościowej.

Kiedy myślimy, że już starczy tych wystaw, to przed Świętą Anną jeszcze spora wystawa o Janie Pawle II, dziwny tunel, na zewnątrz biały, wewnątrz czerwony, jakby jakaś macica Matki Polki, z której dobiegają sakramentalne słowa „…ziemi. Tej ziemi!”.

Zbliżamy się do Zamku królewskiego. Znad naszych głów dobiega jakiś furgot, hurgot.

– A to co znowu za dźwięk?

– Helikopter leci, patrz, tam.

– Uff. Bo już myślałem, że to z Zamku nadają odgłosy hitlerowskich nalotów…

– Ciekawe, czy publiczność wstanie, jak w preludium symfonicznym „Polonia” Elgara będzie ten fragment z hymnem polski.

– Mam nadzieję, że nie.

– A ja, że tak. I też wstanę. I będę hajlował. Hajlował dla Niepodległej, oczywiście.

*

– Swoją drogą to jego lordowska mość sir Elgar, zamiast wzruszać się Paderewskim i pisać ten minoderyjny medley pod tytułem „Polonia” mógł napisać uwerturę koncertową „Irlandia”,  wariacje na temat „Tasmania”, a w ogóle to najlepiej oratorium „Kompania Wschodnioindyjska” .

– W sumie szkoda, że sir Elgar nie dożył drugiej wojny światowej. Mógłby też skrobnąć poemat symfoniczny „Jałta”.

*

– A ten bis to co to było? Też jakiś Elgar?

– No, może któraś kompulsja starcza.

– Heh, kompulsja starcza?

– Powiedziałem „Pomp and circumstance”, ale w sumie na jedno wychodzi.

 

 

– Wiesz, że Tomaszów Mazowiecki, położony skądinąd w Łódzkiem, odbył był tak zwane zaślubiny z morzem.

– Najlepiej niech od razu przekopią eksterytorialny kanał. Zwróćmy Tomaszowowi morze! I to od razu Morze Czarne.

– Co się będziemy ograniczać. Niech to będzie kanał odesko-tomaszowsko-triesteński, łączący Adriatyk z Morzem Czarnym via Tomaszów Mazowiecki.

 

 

 

– Nie mogę dociec, co pan redaktor miał na myśli. O której on to pisał?

– Czekaj… Jakoś po dziesiątej. Tak, u niego to już jest ten moment, kiedy składnia wypowiada posłuszeństwo.

 

 

 

– Patrz, Wisła, królowa polskich rzek.

– Ech, komu by przeszkadzało, gdyby RFN nie był do Odry, tylko aż do Buga…

– Jak to komu?! Niemcom!

– No tak, oni nie mieli pojęcia, na co się porywają z tym najazdem na Polskę.

– Wygląda na to, że zdaniem większości ankietowanych słowa hymnu narodowego napisał Dąbrowski. Oburzające!

– A czemu tak myślą?

– No… Bo jest „Marsz, marsz, Dąbrowski” w tekście przecież.

– Aaa, ja tam tych słów nie znam, to mi się nie myli!

 

 

– Ojezzzu, ależ z tej Kożuchowskiej jest drewno aktorskie.

– Ale to nie jest Kożuchowska.

– Jak to nie? A kto? Wygląda i gra jak Kożuchowska.

– To jest Mlekovita.

– Czyli?

– Foremniak.

– Aaa, racja, zapomniałem, że ich jest dwie.