Archives for posts with tag: redakcja

Czas spędzony na tłumaczeniu tekstu i zostawieniu ok. 1200 przypisów bibliograficznych tam, gdzie chciał autor (czyli na końcu) – dobrze spożytkowany.

Czas spędzony na przerabianiu owych 1200 przypisów końcowych na dolne, bo uparł się przy tym redaktor prowadzący przy wtórze redaktor inicjującej tytułu – bezsensownie stracony.

Mail, po kilku miesiącach, od nowej redaktor prowadzącej książki z informacją, że przerobiono przypisy dolne z powrotem na końcowe – bezcenny.

 

 

– „Tristan i Izolda to jedna z nielicznych oper, których historyczne znaczenie daleko wykracza poza dzieje śpiewanego gatunku. Arcydzieło podsumowujące półtorawiekowe perypetie harmonii tonalnej i po zęby uzbrojone w amunicję, której przejęcie na początku XX stulecia przez najambitniejszych wagnerowskich następców ośmieliło ich do proklamowania dźwiękowej anarchii.”

– A któż tę poezyję sprokurował?

– Wstydził się podpisać. Tak czy inaczej za dział literacki odpowiada w Teatrze Wielkim – Operze Narodowej niejaki Marcin Fedisz, legitymujący się doświadczeniem dziennikarza modowego.

– No tak… najważniejsze są fatałaszki!

– W punkt – właśnie mijaliśmy hostessę w stroju wieczorowym, wręcz nocnym. Ale roboczym.

– Czyli w pidżamie była?

–  Oj tam, w pidżamie. Nie wiedziałem, jak omownie powiedzieć, że wyglądała jak lampucera.

 

 

– Odkąd napisałem gdzieś z rozpędu, że Krakowiaków i górali napisał Bogusław Wojciechowski, i to poszło, staram się sprawdzać nawet najbardziej oczywiste rzeczy, zanim wypuszczę. Jak to powiedział kiedyś żartobliwie Julian Kornhauser: „Ja wiem, że Kordiana napisał Mickiewicz, ale dla porządku i tak sprawdzam.

– Nie Julian Kornhauser, tylko Mieczysław Grydzewski. I Nie Mickiewicz Kordiana, tylko Słowacki Pana Tadeusza. I nie „dla porządku”, tylko „dla pewności”.

– No, sam widzisz.

 

 

– A co byś chciał: jest akcja, jest reakcja.

– Przydałaby się jeszcze redakcja.

 

 

– Kłaniam się zatem, póki co!

– Na razie!

tropi cielę

– Jedna pani profesor od nas napisała książkę o kurdybanach, rzadko ruszany temat. W artykułach do przeczytania na zajęcia w przypisach cały czas odnosiła się do tej książki i pewnego razu do lektorium przyszła dziewczyna, żeby wypożyczyć książkę pani Taż.

– Wolę formy bezosobowe, ale po angielsku we wydaje mi się w artykułach okej.

– Jeden taki napisał artykuł, używając we, i się przyczepili w redakcji, bo był jedynym autorem, i kazali zmienić na I.

– Oburzające.

– Też tak uważał. Więc dopisał do autorów swojego psa.

Groziła, groziła przy okazji przedpoprzedniej książki, aż wreszcie przeszła do czynów. W redakcji ostatniego przekładu napotkałem dwa opisy wprowadzonych  zmian (obok siebie):

Usunięto: jej… psa…

Usunięto: łyżeczką

– A, czyli jeszcze autoredakcja przed tobą? Nie zazdroszczę. Ale widać koniec, jeśli nie światełko, to definitywnie przynajmniej widać tunel.

– Prosiak. I w dodatku statysta. Ale i tak cię kocham na swój sposób.

– Nie jest to sposób łatwy, ale i vice versa, więc się nie czepiam. No bo wiesz. Mnie statystowanie już potężnie zmęczyło. Chciałbym się załapać na jakiś epizod.

– To znaczy?

– Och, znaczy, znaczy.

– Drga mi powieka. Magnez wezmę.

– To przez kawę, wypłukuje magnez.

– No, kawa i stres wypłukują alkohol.

– Alkohol?

– Alkohol wypłukuje magnez.

– Powiedziałeś, że stres wypłukuje alkohol.

– No to trzeba uzupełniać.

– Wróciłem wówczas z dwóch wojen, byłem wschodzącą gwiazdą, mogłem sobie pozwolić na przejście przez redakcyjne studio w okularach przeciwsłonecznych, z którego to przywileju nadmiernie korzystałem. Dziś nie ma już nic z tego, firma nie istnieje, ja niemalże też nie. Czytam te swoje stare teksty, jak Barbara Brylska oglądająca z wideo Faraona i Anatomię miłości. Z wideo, bo nie stać jej na dvd.

[…] W oparciu o to, co sam widziałem i podsłuchałem, poważę się stwierdzić, że znaczna część współczesnej literatury polskiej stanowi pomnik nieznanego redaktora. Są to rzeczy cięte, rżnięte, szczypane i dęte, czyli dopisywane cudzą ręką. Tasowane, nicowane i szmirglowane do glancu. Bez tego nie nadawałyby się do lektury.

[…] To właśnie redaktorzy zasilają przeceny. Stosowna doza pracy osób trzecich i czwartych doprowadzi do stanu czytelności każdy gniot. […] Tacy jak ja – rzekłem – potrafią, i to za tanie pieniądze, zrobić książkę z byle czego. Tylko że krzywdzi to pisarzy po ambitnym debiucie, którzy w pięć lat później degradują się do roli wytwórców corocznej chały. […]

——————————————-

Interesujący felieton Jana Gondowicza w całości do przeczytania tutaj.

– Tłumaczka poprzednich części zrobiła z Tary samicę, a to jest samiec. No to powtórzyliśmy tego samca w III tomie. A jak w V tomie spłodzi dzieci z jakąś suką, to nie wiem, co zrobimy.

– Usunie się.

W pisaniu czy tłumaczeniu typowych dialogów trudno uniknąć stosowania czasownika pytać, kto by zresztą chciał go unikać. Zatem nie unikam i używam. Na przykład jak w zdaniu:

Jak się czujesz? – pyta Rebeka.

Ilekroć użyję tego czasownika w tej właśnie formie, word sumiennie podkreśla go na zielono i wyświetla następujące pouczenie:

wskazany wyraz jest uznawany za wulgarny.

Mrówkodzik i mmch piszą jakiś artykuł na temat New Polish Science Curriculum. Mmm zadaje mrówkodzikowi jakieś niedyskretne pytanie, które ten zbywa:

Mrówk: This issue is not present in our curriculum.

Mmm: This issue is perfect. Present perfect.

Każdy tekst, wszystko w ogóle, robi się interesujące, jeśli się temu przyglądać wystarczająco długo. To jak odróżnić manuskrypty wartościowe od, powiedzmy, mniej wartościowych?

Po długości przyglądania się.

 

Mike Andrea to jedno z najbardziej rozpoznawalnych nazwisk Francuskiej Riviery. To on wraz ze swoim przyjacielem Alex Beca założyli AFRODISIAC SESSION cykl prestiżowych imprez który od paru lat święci triumfy na lazurowym wybrzeżu.
Mike Andrea to nowa generacja Djów i promotorów otwarta na to co nowe, wykraczające poza ramy, określająca nowe definicje nihilistycznej zabawy.

[z opisu jakiegoś kolesia na FB]

Skoro już mamy jesień, to taki kwiatek edytorski. Pamięci Borisa Viana poświęcam, myślę, że by mu się podobało.