Archives for posts with tag: Richard Strauss

– Dziczek od kilku dni chodzi po domu i nuci „Falke, Falke…”. Nie wiem dokładnie, ale może przechodzi jakąś metamorfozę w sokoła, albo mu się „Kobieta bez cienia” przypomniała (mam nadzieję, bo nie do końca wiem, czym się karmi sokoły żyjące w blokowych mieszkaniach).

– Ja cię bardzo przepraszam, ale według dzisiejszych standardów deweloperskiej nowomowy nasze 50 metrów kwadratowych w kilkupiętrowym bloku z lat 50. to nic innego jak APARTAMENT w SECESYJNEJ KAMIENICY! Trochę godności!

 

 

O weh, Falke, o weh!
Wo kommt sie her! Wehe, o weh!
Menschendunst hängt an ihr,
Menschenatem folgt ihr nach,
wehe, daß sie mir lügen kann –
wehe, daß sie nun sterben muß!
Pfeil, mein Pfeil, du mußt sie töten,
die meine weiße Gazelle war!
Weh! da du sie ritztest, ward sie ein Weib! –
Du bist nicht, der sie töten darf.
Schwert, mein Schwert, du mußt auf sie!
Weh, ihren Gürtel hast du gelöst –
du bist nicht, der sie töten darf!
– Und meine nackten Hände! Weh!
Meine Hände vermögen es nicht!
Wehe, o weh!
Auf, mein Pferd, und du, Falke, voran!
und führ mich hinweg von diesem Ort,
wohin dein tückisches Herz dich heißt,
führ mich in ödes Felsengeklüft,
wo kein Mensch und kein Tier meine Klagen hört!
Wehe, o weh!

– Widziałeś, na naszych biletach na „Elektrę” napisane jest „Familienvorstellung”. Dość specyficzna kwalifikacja…

– Cóż, historia o babce, która rękami brata morduje matkę i jej gacha, którzy przedtem zabili jej ojca i wygnali owego brata, a w wolnych chwilach oddaje się lesbijskim igraszkom z siostrą – w istocie rodzinne przedstawienie!

 

Allerseelen

Stell auf den Tisch die duftenden Reseden,
Die letzten roten Astern trag herbei,
Und laß uns wieder von der Liebe reden,
Wie einst im Mai.

Gib mir die Hand, daß ich sie heimlich drücke
Und wenn man’s sieht, mir ist es einerlei,
Gib mir nur einen deiner süßen Blicke,
Wie einst im Mai.

Es blüht und duftet heut auf jedem Grabe,
Ein Tag im Jahre ist ja den Toten frei,
Komm an mein Herz, daß ich dich wieder habe,
Wie einst im Mai.

[Hermann Gilm]

– Czy jutro aby nie są urodziny Inge Borkh?

– Ale to są urodziny urodzin, czy urodziny śmierci?

– Urodzin, ona żyje!

 

[Rabbio przyjrzał się trochę jednej z naszych wyjazdowych zdobyczy. No jasne,  Nolle nie śpi…]

 

Umiłowań tańca

– „Helena egipska” jest super! I wszystko się dobrze kończy.

– To dziwne uczucie. Happyendowe opery Straussa są jak wtedy, kiedy budzisz się po nocy wypełnionej perwersyjnym seksem, po którym mógłbyś wręcz mieć wyrzuty sumienia, a tu się okazuje, że towarzysz tych grzesznych przyjemności materializuje się jako twój mąż leżący obok ciebie w łóżku.

I starsze (chyba lepsze):

– Wiedziałeś, że Strauss napisał September 20 września 1948?

Der Garten trauert,
kühl sinkt in die Blumen der Regen.
Der Sommer schauert
still seinem Ende entgegen.

Golden tropft Blatt um Blatt
nieder vom hohen Akazienbaum.
Sommer lächelt erstaunt und matt
In den sterbenden Gartentraum.

Lange noch bei den Rosen
bleibt er stehn, sehnt sich nach Ruh.
Langsam tut er
die müdgeword’nen Augen zu.

Nun der Tag mich müd gemacht,
soll mein sehnliches Verlangen
freundlich die gestirnte Nacht
wie ein müdes Kind empfangen.

Hände, lasst von allem Tun
Stirn, vergiss du alles Denken,
Alle meine Sinne nun
wollen sich in Schlummer senken.

Und die Seele unbewacht
will in freien Flügen schweben,
um im Zauberkreis der Nacht
tief und tausendfach zu leben.

– Czego posłuchamy z okazji święta? Może Roty?

– Puść Hymn do Bałtyku.

– Okej. Nie znam.

– To jest bardzo ładne. Kto jest autorem muzyki? Bo nie pamiętam.

– Nie wiem, ale chyba Wagner. Przecież to taka chorałowa, niemiecka melodyka. I to ma być polska pieśń patriotyczna! 

 

A tak na marginesie (dużym, i to z obu stron), kojarzy mi się to z tym:

– O, zobacz, Marlene Dietrich śpiewa Ne me quitte pas. Pewnie po niemiecku. Jakieś Bitte geh nicht hin, czy coś takiego.

– Na pewno!

– Nie idź jeszcze, posłuchaj ze mną. O, masz, bitte, geh nicht fort! Nie idź, Marlene też nie chce. Gib mir deine Hand, ich erzähle dir von dem fernen Land…

In fernem Land!

– To nie Lohengrin. Słuchaj, to jest o opowiadaniu bajki.

– To opowiadaj.

– Nie, to ty opowiadaj!

– Jutro.

Morgen?

Morgen.

Und morgen wird die Sonne wieder scheinen… O boże, ale mi się smutno zrobiło na myśl o tej pieśni!

 

 

 

Und morgen wird die Sonne wieder scheinen,
und auf dem Wege, den ich gehen werde,
wird uns, die Glücklichen, sie wieder einen
inmitten dieser sonnenatmenden Erde…

Und zu dem Strand, dem weiten, wogenblauen,
werden wir still und langsam niedersteigen,
stumm werden wir uns in die Augen schauen,
und auf uns sinkt des Glückes stummes Schweigen…

– Janet Baker jest dla mnie absolutnie niezrównana w tej pieśni. Już w pierwszym wersie wyśpiewuje cały jej charakter, opowiada ten smutek, tę nadzieję na nadzieję.

– To prawda. Ale posłuchaj też sobie wykonania Caballé.

– Nie żartuj, ona nagrała Morgen Straussa?

– Tak, i to kilka razy.

– I może jeszcze zmiksowała te nagrania ze sobą i sprzedawała, do każdej płyty kulka lodów gratis?

– Albo mała paella!