Archives for posts with tag: rozmowa

– No dalej, pytaj, rób ten test.

– Ale to nie jest test.

– A będzie nagroda?

– Yyy…

– To nie zdam! Bez sensu.

– Jeździsz na rowerze?

– Bynajmniej!

– Jak będziesz chciał się wybrać na rower, to ja chętnie.

– Bynajmniej znaczy „ani trochę nie”.

– Cwaniak. Jakbym ci się spodobał, tobyś powiedział, że „bynajmniej” znaczy „jak najbardziej”. Sprytne, zapamiętam.

 

 

– Ładny, ale rozmowa nam się nie kleiła. Chyba nie był mną zainteresowany.

– Może wręcz przeciwnie: nie był zainteresowany rozmową.

chapel - angielsko » polski - PONS 2015-11-23 00-51-52

– Mogę się przysiąść?

                                          – Możesz.

                                                            – Nie chciałbym przeszkadzać.

Sam siedzisz?

                           – Jakoś wyszło.

                                                     – A to źle czy dobrze?

– Jak wolisz.

                      – Jak ty wolisz. Mi jest wszystko jedno.

– Nie chciałbym się narzucać…

                                                       – To się nie narzucaj.

– Ty, po jakiemu oni mówią?

– Nie wiem, brzmi ładnie. Któryś skandynawski.

– Szwedzki?

– Albo duński. Zapytam. Hey, excuse me, we’ve been trying to figure out what language you’re speaking.

– Have a guess!

– You sound like The Kingdom by von Trier… Is it one of those two?

– Neither…

– So one of the other two?

– There is only one left.

– Well, technically there are two…

– What do you mean?

Bokmål and riksmål.

– How dare you! It’s nynorsk!

Znajomy przytacza dwa dialogi zasłyszane na osiedlu – dzieci komunikują się z matkami, krzycząc między oknem a podwórkiem:

– Krystiaaan!

– Cooo?

– Do domu!

– Po co?

– Na obiad!

– A co na obiad?

– Jabłko!

*

– Mama!

– Cooo?

– Rzuć mi paletki!

– Do czego?

– Do babingtona!

– Chyba żeby się połamali!

– Dzień dobry! Wstajesz wreszcie?

– Hmmm…

– Nina Andrycz nie żyje.

– To czemu mi od razu nie mówisz, zerwałbym się z łóżka natychmiast. Nareszcie. Chociaż nie: kilkadziesiąt lat za późno. Nienawidzę jej.

– Ja też.

– Ale wcale nie za to, że była złą aktorką. Jak pomyślę, ile ta nomenklaturowa miernota agresywna wygryzła i zniszczyła dobrych aktorek…

– Na przykład Eichlerównę.

– A kto to był?

– No właśnie.

– Poza tym wiesz, jakie ona koszmarne wiersze pisała?

– Domyślam się.

– To była aktorka pełną gębą. Nawet poezja w jej wykonaniu to był dramat.

 * * *

Nina Andrycz

Tancerka

Cały ciężar rozgrzanego ciała
na dwóch palcach oprzeć umiem.
Oto wbiegam, lecę nad tłumem
aż nierealnie biała
tajemnicza, bo niema
łabędzica z muzycznych jezior
Czajkowskiego
Szopena.

Prócz baletmistrza uczą mnie elfy
pedagodzy najmilsi, choć kapryśni.
Już oddałam im lustra z Wenecji
oddam jeszcze złote beryle
ale wiem –
elfy mogą mnie opuścić
mogą zniknąć.

Tak w jednodniowej glorii motyla
dwoję się między lotem a bólem.
Zamiast dzieci mam dobre sezony.
Boję się szału jak Niżyński
ciemnych schodów
górskich przełęczy.
Ale broni mnie uśmiech
ten piruet na twarzy
młodzieńczej
raz na zawsze.

[z tomu To Teatr, 1983]

– Ile tu jest tych Café Opéra?

– Mijamy chyba siódmą.

– Wyobraźcie sobie, że się przyjaciółeczki umówiły, nie mogą się znaleźć i jedna dzwoni do drugiej. „Gdzie jesteś?… Jak to w Café Opéra, siedzę przecież w Café Opéra i czekam na ciebie!…  Ja już w szóstej jestem, w każdej czekałam i piłam kir royal, ile tego było… W sumie to z kim ja rozmawiam?…  O której ty w ogóle do mnie dzwonisz?!… Że która jest? Trzynasta? Ale trzynasta wczoraj czy dzisiaj?”

– Oj, będę jutro niewyspany.

– Oj. Ja ciągle jestem: ktoś się tłucze po nocy, choć nie wzywa pomocy.

– Ja się tłukę i upadlam czasem, widać trzeba. Jadę, jadę. Do domu dojeżdżam. Pić mi się chce i spać, i rozmawiać też, co gorsza, o wzniosłych tematach…

– You have been drinking!

– Oj, no właśnie nie… Na trzeźwo, jak widać, jest nawet gorzej.

– Nie mogę zapomnieć tej naszej rozmowy o czasie.

– Ja mam czas przemyślany. To jest coś, co mnie zajmuje. Zajmuje mi dużo czasu. Dlatego się nie spieszę.

– I jak tam u pana? Wszystko w porządku?

– Tak… Ale „w porządku” to nie najlepsze słowo, „wszystko” w sumie też.

– So what are you into?

– We can agree on that…

– No, we cannot. You set the rules.

– Dzień dobry. Co porabiasz?

– Wyspałem się, wstałem i prowadzę przez internet rozmowę z rozbudowanym komponentem emocjonalnym.

– Brzmi groźnie.

– Nie wiem, czy takie jest, czy było… W każdym razie właśnie robiąc kawę, zrobiłem odruchowo dla dwóch osób.

Jedna z dwóch wind ciągle ostatnio zepsuta. Druga, działająca, bezustannie w ruchu i zwykle wypełniona, zwłaszcza w okolicach południa, kiedy starsze panie kursują z wózeczkami na zakupy, listonosze dostarczają, a sprzątaczka przemieszcza się między piętrami. Długo się czeka i jedzie prawie zawsze w towarzystwie.

Dzisiaj cztery starsze panie, listonosz, nieogolony pan w czapce i ja.

– Pan na które?

– Na szesnaste, nacisnąłem.

– Ja na dwudzieste.

– Pan naciśnie na szóste, dziękuję.

– A pani na które? Na dziesiąte?

– Na dziesiąte, nacisnęłam?

– Ja nie nacisnęłam, ósme.

– Pani szybko naciśnie.

– Które to? Do widzenia.

– Do widzenia.

– A pani nie wysiada, dopiero szóste.

– Szóste? Aaa, człowiek przed tymi świętami taki roztrzepany.

– Ósme, ja wysiadam. Do widzenia.

– Do widzenia. Ale pani nie, pani nie wysiada.

– Nie dziesiąte?

– Ósme, mówiłam.

– Ja taka nieprzytomna! Co to ja… , a, że za wysoko, to nie dosięgnę…

– No tak, no tak…

– …No i pytałam, że może przyjdzie, toby to zaraz, a tak to jakoś tak się robi…

– Dziesiąte, pani wysiada.

– …I myślę, że zapytam, może by mi…

– Dziesiąte, pani wysiada tutaj!

– A, no tak, dziesiąte. To wesołych świąt! Czego ja mogę państwu życzyć. Czego życzyć… O, miłości! Miłości życzę!

– Jak tam?

– Lepiej!

– Niż było?

– Niż będzie.

– Widziałeś tego w szarym garniturze, co tak łazi w tę i we w tę?

– Tak, dziwny.

– Jakby nie na miejscu.

– Podoba ci się?

– Nie podobał mi się, ale z tym jest jak z piosenkami popowymi – za dwudziestym razem jak leci w radiu, to czasem nawet zaczynasz lubić.

– Czyli ci się podoba?

– Nie słucham radia.

 

Rozmowa się nie klei i chyba wszyscy trzej wiedzą dlaczego. Na jakieś dwie minuty zapada milczenie.

– Panowie się nie obrażą, jeśli się oddalę.

– Obrazimy.

– O, a jak to okażecie? Milczeniem?

Wczoraj miałem obie windy zepsute. Schodzę z tego mojego szesnastego piętra, przede mną idzie sąsiadka, mniej więcej w moim wieku. Schodzimy sobie razem. Zagaduję:

– Odkąd tu mieszkam, obie windy nie były nigdy zepsute. Jedna jakiś czas temu, jak się coś przypaliło w szybie.

– Ja mieszkam dłużej i już się raz zdarzyło, że obie.

– Schodzić nie problem.

– Też problem, ale wchodzić to dopiero.

– I to jeszcze w sobotni wieczór. Jak to powiedzieć komuś poznanemu, dajmy na to, w klubie? O piątej rano. „Hej, fajny jesteś, może pójdziemy do mnie? Masz ochotę powspinać się na szesnaste piętro?”

– Można pocieszyć, że nie na dwudzieste trzecie.

– Albo skłamać, że na dziewiąte. Zresztą, to w sumie dobry test kondycyjny.

– Ale tak się namęczyć dla jednego razu?

– Może jak już się tak namęczy, wespnie taki kawał, to zostanie na dłużej…

‘Why don’t you ask me what I know if that’s that important?’ He dared her. ‘Go on, ask me.’

‘Maybe I will.’

‘Why not now?’

‘Because…’ She grinned in defeat. ‘Because I don’t want to know.’ Her hand went to her lap. Black Pat made his ear tall in protest.

Esther had a question. ‘So wait, if neither of us finds it funny, why do you make jokes?’

His eyebrow buds hitched, the connoisseur. ‘Because we need the laughs.’

[Rebecca Hunt Mr Chartwell]