Archives for posts with tag: sen

– Przyśniło mi się dzisiaj autorskie tłumaczenie maksymy La Rochefoucaulda: La gravité est un mystère du corps, inventé pour cacher les défauts de l’esprit, co Boy przełożył: „Powaga jest obrządkiem ciała wymyślonym dla pokrycia braków ducha”. A u mnie we śnie było: „Grawitacja to misterny korpus zaproszony dla pokrycia niedostatku spirytusu”. Była też wersja z ciążą zamiast grawitacji.

– Ty, a foki to śpią w jakichś budach?

– Jakich znowu butach!

– Budach, psich budach, tyle że dla fok. Albo pod jakimś takim zadaszeniem…

– Nie wymawiaj przy mnie tego słowa. „Wiata” i „zadaszenie” to słowa-potwory.

– No dobrze, to za daszkiem takim, znaczy pod…?

– Gdzie tam. Kopią sobie taką…

– Norę? Jamę?

– Taa, jamę na metr i tylko im nos wystaje. Skąd jamę! Jamkę taką płytką, zagłębienie w piasku.

– Żeby im wiatr nie wiał?

– Im wiatr nie szkodzi. Chodzi o to, żeby się nie sturlały do morza, jak zasną.

– Książki otwierające oczy są ważne i potrzebne. Ale skąd potem wziąć książkę, która pozwoli mi te oczy zamknąć?

Śniło mi się, że byłem w restauracji z Dorotką, Rabbiem i Magdą Gessler. Ta ostatnia czepiała się kelnerki („Pani skwaśniała i śmierdzi!”), krytykowała potrawy (słusznie, bo sosy zawierały za dużo mąki) i perorowała na temat literatury współczesnej. Ja uparłem się, że muszę zjeść grzyby, więc wcinałem sałatkę z tartej marchewki i surowych kurek. W którymś momencie poszedłem do łazienki i przy okazji z kuchni restauracyjnej zwinąłem jajko na twardo, które następnie zjadłem wraz ze skorupką. Magda Gessler nalegała, że muszę za nie dopłacić trzy złote.

Obudziłem się z lekką niestrawnością.

– Śniło mi się, że znalazłeś gdzieś walizkę z 200 tysiącami dolarów. Istniało podejrzenie, że to jakieś mafijne rozrachunki i porachunki, więc możemy mieć kłopoty, jeśli ją weźmiemy, ale postanowiliśmy zaryzykować. Zaniosłem ją do domu swoich rodziców, który miał dół mniej więcej taki, jak naprawdę ma, za to na piętrze było nasze wcześniejsze mieszkanie. I w swoim pokoju na górze próbowałem przeliczyć te pieniądze, ale miałem z tym kłopot, ponieważ nie były w postaci zwykłych banknotów, tylko specjalnych bonów bankowych o wyglądzie półprzeźroczystych zakładek samoprzylepnych do książek. Każdy bon opiewał na sumę 32 lub 1222 dolarów. Te po 32 dolary były łączone w pęczki po 32 sztuki, których suma wynosiła 1000 dolarów (szybko stwierdziłem, że to tak naprawdę 1024 dolary*, i zdziwiłem się trochę, ale zaraz skojarzyłem, że banki przecież zaokrąglają to przy wpłatach w dół.) Nie wiadomo po co wynieśliśmy te bony i przenosili w bezpieczniejsze miejsce. Z cennym ładunkiem w kieszeni przemykaliśmy się ulicami – w tym momencie już Wrocławia – i na wszelki wypadek szliśmy, prowadząc za uzdę konia, żeby straż miejska nie uznała nas za podejrzanych. Do hotelu na Kiełbaśniczej podeszliśmy zatem od tyłu.

 

——————————————————–

* Nie mam pojęcia, jakim cudem pamiętałem we śnie, że 32 do kwadratu to 1024, bo – szczerze mówiąc – wydaje mi się, że nie wiedziałem.

Hop, hop.

 

– I co jeszcze widziałeś w tym programie?

– Tego brzydkiego, co żyje w grocie.

– To znaczy?

– Minogi to są ryby.

– A skąd ta uwaga?

– Bo to nie minóg.

– Tylko co?

– No ten. Taki ukwiał.

– Aksolotl?

– O właśnie.

– On też żyje w ciemności, to kto mu świeci?

– Jemu jest wszystko jedno, bo jest i tak ślepy.

– On jest ślepy właśnie dlatego, że żyje w ciemności.

– Ale płytko.

– I co to za różnica?

– No płytko pływa, to mu nie przeszkadza, że jest ciemno. On płytko żyje, bo głęboko to jest zimno, a on musi mieć ciepło.

– On ma zimno i dlatego jest, jaki jest!

– Aha. To może mu inne świecą?

– Jakie inne?

– Stworzenia. Na przykład te glony w ławicach. Plankton.

– A po co?

– Żeby mu nie było ciemno.

– Oglądałem kiedyś programy przyrodnicze na Discovery i się dużo dowiedziałem o różnych zwierzętach.

– Na przykład jakich?

– Morskich. Gady morskie i takie tam.

– Inne niż ośmiornice?

– Ośmiornice i mureny, wiesz, te, co mają duże zęby i pływają do tyłu.

– Wiem, to są chyba jakieś praryby, takie żywe skamieniałości.

– Tak, tak, te ryby głębinowe, co mają zębiska i świecą.

– Po co one świecą?

– No przecież nie można tak całe życie po ciemku.

– Ale sobie świecą czy innym?

– Sobie… I innym. Wabią pokarmy.

– To ma sens. Jak ćmy do światła.

– Ćmy morskie.

– Ale cały czas świecą?

– Głupi jesteś, cały czas. Przecież nie mogłyby spać.

– Ty jutro wstajesz koło dziewiątej, nie? Na którą nastawiasz budzik?

– Na ósmą czterdzieści dwie.

– Czemu akurat tak?

– Nie lubię pełnych godzin.

– Ale dlaczego właśnie ósma czterdzieści dwie?

– No bo osiem przez dwa to cztery, a cztery przez dwa to dwa.

– A gdyby to miała być dziewiąta, jakbyś to policzył?

– Tobym ustawił na dziewiątą siedemnaście.

– Czemu?

– Bo nie lubię, jak mi się powtarzają cyferki.

– Ale konkretnie dlaczego dziewiąta siedemnaście?

– Dziewięć plus jeden plus siedem daje siedemnaście, a cyfry siedemnastki sumują się do ósemki. Lubię, jak się sumuje do ósemki.

– A gdyby to była dziesiąta?

– To ustawiłbym na dziesiątą zero jeden.

– Ale tutaj się przecież powtarzają.

– Tak, ale to jest lustrzane, to co innego.

– Myślałem, że ten twój system jest bardziej przewidywalny, a on jest strasznie uznaniowy.

– To ma charakter estetyczny.

– Jak to?

– No, żeby nie było tak banalnie. Czynność wstawania o określonej godzinie jest na tyle dojmująco banalna, że upiększam przynajmniej to, na co mam wpływ.

– Opowiesz mi bajkę?

– Znowu bajkę?

– Nie denerwuj mnie, bo zobaczysz! Opowiadaj!

– Za siedmioma górami, za siedmioma lasami, za siedmioma morzami, za siedmioma rzekami żył sobie dziczek. Dziczek miał, jak wiadomo, znajomych i babrzysko, ale go wszystko… wkurwiało. Znajomi go wkurwiali, babrzysko go wkurwiało, las go wkurwiał, nawet ptaszki go wkurwiały.

– Ptaszki też? Dziwne…

– Cicho bądź. I tak chodził dziczek w tę i we w tę, nie wiedząc, co zrobić z tym wszystkim. Udał się więc w daleką podróż. Wędrował i wędrował, gubiąc się i wracając, jak to dziczki mają w zwyczaju, aż dotarł wreszcie do wróżki.

– Wróżki Hirsuty?

– Hirsuta to była księżniczka, nie przerywaj, o tym będzie w innej bajce. I powiedział wróżce, że go wszystko wkurwia. Zabrał ją ze sobą i pokazał jej swój problem: las, ptaszki i inne zwierzęta w lesie. Wtedy wróżka dała mu czarodziejską fujarkę. I dziczek zagrał na tej fujarce, i ona uśpiła wszystkie zwierzęta.

– I co dalej?

– Nic. Uśpiła je. Na amen.

– Były nieżywe?

– Tak.

– A wróżka?

– Nie, na wróżki nie działa.

– Znowu przerażająca bajka! Jak ja mam po tym zasnąć? A byłem już śpiący… No dobra, skoro ty tak, to ja tak: i wtedy dziczek poprosił wróżkę, żeby też mu zagrała na fujarce, i ona mu zagrała i też usnął, i miał wreszcie spokój.

– Jak sobie chcesz.

– …

– Śpisz?

– …

– Śpisz?

-…

– Śpiiisz?!

ma jawa, mój sen

 

i rymarze

 

 

– Oj, będę jutro niewyspany.

– Oj. Ja ciągle jestem: ktoś się tłucze po nocy, choć nie wzywa pomocy.

– Ja się tłukę i upadlam czasem, widać trzeba. Jadę, jadę. Do domu dojeżdżam. Pić mi się chce i spać, i rozmawiać też, co gorsza, o wzniosłych tematach…

– You have been drinking!

– Oj, no właśnie nie… Na trzeźwo, jak widać, jest nawet gorzej.

– Co robią króliki na zimę?

– No nie wiem, śpią?

– Chyba coś jedzą.

– No pewnie, że jedzą, zawsze się je.

– Jak się śpi, to się nie je.

– Ale niedźwiedzie jak zapadają w sen zimowy, to przecież coś jedzą.

– Jak to jedzą?

– No mają tam przecież jakieś spiżarki… Nie…?

Środek nocy, pełnia, nie mogę spać. Obok budzi się Rabbio, zaplątany w kołdrę, postękuje, próbuje rozgmatwać pościel i z niezadowoleniem wydaje świstliwy dźwięk:

– Źśśśś…!

– To nie ja zrobiłem! – uprzedzam ewentualny zarzut skotłowania pościeli.

– Wiem, sam siebie zrobiłem, bo… bo… – mówi nieprzytomnie.

– Boa…? – pytam prowokacyjnie.

– Tak! Groźny jest! – stwierdza z wyraźną satysfakcją, po czym błyskawicznie  zapada z powrotem w sen.

– Często mi się śni, że mam półdługie albo długie włosy i we śnie je ścinam lub przycinam. I mam fryzurę, jakiej nigdy w rzeczywistości nie nosiłem, i te fryzury o dziwo mi pasują. Nie wiem dlaczego. W sumie właśnie sobie uświadomiłem, że w snach dość często patrzę w lustro i nigdy nie widzę w nim swojej twarzy, tylko czyjąś inną, ale nie konkretnej, znanej mi osoby. Ale zawsze wiem, że ten w lustrze to ja.

– Jak go kiedyś zapytałem, co mu się śniło, to powiedział, że on nie ma snów. I uczuć.

– Mi się nic nie śni. A jak mi się śni, to coś złego. Wtedy się budzę, nie śpię i pamiętam.

Tajny D. miał w Warszawie pied-à-terre wynajmowane w… Katedrze! Nie Świętego Jana, tylko jakiejś innej, również położonej na Starym Mieście, nieistniejącej w rzeczywistości, o bardzo dziwnej architekturze, jakby była pozlepiana z wielu różnych kościołów mniej więcej gotyckich, ale ładnej.

Do tego wysokiego jednopokojowego mieszkania z antresolą wchodziło się przez średniowiecznie wyglądające drzwi z kaligraficzną mosiężną tabliczką: „Nie wchodzić. Mieszkanie prywatne”.  Kiedy zapytałem, ile za nie płaci, odparł po anglosasku, że pięćdziesiąt tysięcy rocznie, co po podzieleniu przez dwanaście dało nam tysiąc dwieście.

Bardzo miły lekko zgrzybiały proboszcz tego kościoła serwował wiernym różowe wina (twierdząc z przekonaniem, że inne to rozpusta), z chóru ktoś wesoło śpiewał luterańskie chorały przy fałszywym akompaniamencie ligawy, a w nawie bocznej wyłożonej tandetną sosnową boazerią odprawiano nabożeństwo po grecku. Wyszedł z niego starszy mężczyzna, podszedł do stolika z dewocjonaliami i próbował oprawić jakąś książkę religijną w ramkę zabraną ze świętego obrazka.

Chciałem zagrać na miejscowych organach, ale proboszcz kręcił nosem, aż wreszcie zgodził się, zaznaczając, że musi mi towarzyszyć jakaś kompetentna sopranistka. Z Tajnym D. zaś wstępnie ustaliliśmy, że przejmę to mieszkanko mniej więcej od września.

– Idę spać.

– Spać jak zabity?

– Spać jak dziecko?

– Spać jak zabite dziecko.

– Tu jest taki checkout button, który ja nie wiem, co to jest. Nie testowałem tych opcji.

*

– To jest bańka

– To jest bańka. A po czym poznać, że ta bańka będzie pękać?

*

– Jak kupił, to za chwilę sprzedał, żeby wróciła cena.

Jestem w swoim liceum, które jednak ma parter mojej podstawówki. Na niskim parterze urzęduje lekarz, mój lekarz rodzinny, od którego biorę jakieś leki dla niepoznaki zasypane karmą dla królika, tabletki pod ziarenkami. Idę na górę, śpieszę się na zajęcia. Jest 11:30, nie wiem, jaką mam teraz lekcję i gdzie. Zaczynam przeglądać wszystkie sale po kolei. Trafiam do kuchni, na oko w stylu międzywojnia. Kuchnia węglowa, miednice, maselnice, młoda rumiana kucharka wywija w powietrzu ciastem na makaron. Zagajam uprzejmie:

– Nie wiedziałem, że panie tu robią domowy makaron, to bardzo fajnie.

A ona odpowiada sentencjonalnie, jakby to była najoczywistsza rzecz na świecie:

– A robimy, robimy. Chujem dupy z pizdy nie wyjesz!