Archives for posts with tag: smutne

 

Skąd pierwsze gwiazdy na niebie zaświecą,

Tam pójdę, aż za ciemnych skał krawędzie.

Spojrzę w lecące po niebie łabędzie

I tam polecę, gdzie one polecą.

Bo i tu — i tam — za morzem — i wszędzie,

Gdzie tylko poszlę przed sobą myśl biedną,

Zawsze mi smutno i wszędzie mi jedno;

I wszędzie mi źle — i wiem, że źle będzie.

Więc już nie myślę teraz, tylko o tem,

Gdzie wybrać miejsce na smutek łaskawe,

Miejsce, gdzie żaden duch nie trąci lotem

O moje serce rozdarte i krwawe;

Miejsce, gdzie księżyc przyjdzie aż pod ławę

Idąc po fali… zaszeleści złotem

I załoskocze tak duszę tajemnie,

Że stęskni — ocknie się i wyjdzie ze mnie.

 

[Juliusz Słowacki, W Szwajcarii, XXI]

 

Oпустела без тебя Земля
Как мне несколько часов прожить
Также падает листва в садах
И куда-тo все спешат такси
Только пусто на земле одной без тебя
А ты, ты летишь и тебе дарят звезды свою нежность

Также пусто было на Земле
И когда летал Экзьюпери
Также падала листва в садах
И придумать не могла Земля
Как прожить мне без него пока он летал
Летал и все звезды ему отдавали свою нежность

Опустела без тебя Земля
Если можешь прилетай скорей…

– Jak się nie ma, co się lubi, to się nic nie mówi.

 

– Jaka wstrętna nazwa dla sklepu, Belgorama.

– Jak ci się nie podoba, to sobie popatrz tam, na jubilera. Ale mają diamenty!

– Aaa, to powinno się nazywać Kongorama. Do każdego klejnotu ucięta ręka niewolnika gratis.

– Zwykle bardziej się cieszę ogromem tego, czego tacy ludzie przez dziesięciolecia pracy dokonali, niż smucę tym, że więcej już nie dokonają. Przy takich niewesołych okazjach ogólna wdzięczność bierze we mnie górę nad lokalnym żalem. Chociaż kiedy usłyszałem, jak wydobył tu harfy, to się wzruszyłem.

[…] Dzisiaj też nic tędy

nie jeździ. Spokój; i brzozy podrosły,

gałęzie są wyżej, a to tylko lepiej.

Nie będą wadzić. Nawet moje stare

rakiety ciągle (tylko naciąg trzeba

by pewnie sprawdzić) czekają w piwnicy,

 

aż zaczniemy grać. Aż Gruby utyje,

przybierze znowu kształt krągłej baryłki

i wróci z Francji. Aż Zającowi znów

będą się krzywić niesforne jedynki

i przestanie się bawić w dyrektora

banku. Aż Loli (z którą pewnego dnia

zrobiłem prawie trzy tysiące odbić;

przerwaliśmy, bo było całkiem ciemno)

znów zarysują się pod bluzką dwie małe

piersi, a my trzej założymy się, czy

już nosi stanik. […]

 

[Z wiersza Zagrajmy jeszcze raz Szymona Słomczyńskiego]

Einförmig ist der Liebe Gram,
ein Lied eintöniger Weise,
und immer noch, wo ich’s vernahm,
mitsummen musst’ ich’s leise.

[Friedrich Rückert]

Gorycz w miłości zawsze jednakowa,
tą samą pieśnią pobrzmiewa;
gdy ją posłyszę, ja także od nowa
cichutko muszę ją śpiewać.

[przeł. mrówkodzik]

– To jest ten gawot. Gawot ma sześć dubli, bo historia lubi się powtarzać. Niestety bez szans na dublera.

– I skończyłam na dnie.

– Co to znaczy być na dnie?

– Mówić co innego, niż się robi.

[Stanisława Celińska w rozmowie z Krzysztofem Kwiatkowskim, „Wprost” 24/2014]

 

Und morgen wird die Sonne wieder scheinen,
und auf dem Wege, den ich gehen werde,
wird uns, die Glücklichen, sie wieder einen
inmitten dieser sonnenatmenden Erde…

Und zu dem Strand, dem weiten, wogenblauen,
werden wir still und langsam niedersteigen,
stumm werden wir uns in die Augen schauen,
und auf uns sinkt des Glückes stummes Schweigen…

– Janet Baker jest dla mnie absolutnie niezrównana w tej pieśni. Już w pierwszym wersie wyśpiewuje cały jej charakter, opowiada ten smutek, tę nadzieję na nadzieję.

– To prawda. Ale posłuchaj też sobie wykonania Caballé.

– Nie żartuj, ona nagrała Morgen Straussa?

– Tak, i to kilka razy.

– I może jeszcze zmiksowała te nagrania ze sobą i sprzedawała, do każdej płyty kulka lodów gratis?

– Albo mała paella!

 

Wprawdzie to nie Tomáš Král z Collegium 1704, ale posłuchać warto. Wykonanie koncertowe, lecz – mimo drobnych niedoskonałości – życzyłbym sobie wielu równie mądrych i ciekawych realizacji studyjnych. Dyryguje oraz tu i ówdzie śpiewa znakomity Gérard Lesne.

Przydarzyło się dziś znajomemu:

– Taka starsza pani w tramwaju powiedziała mi tak: „Przepraszam pana, że zaczepiam, ale przypomina mi pan kolegę, który zginął dokładnie 69 lat temu”, i się popłakała, a mi zrobiło się zimno.

 

 

Ha, zweifelst du an meiner Treue?
Unsel’ger, was verblendet dich?
Halt ein! Das Bündnis nicht bereue!
Was ich gelobte, halte ich!

– Guten Morgen, meine Sorgen; Guten Abend, meine Schade; Gute Nacht, Ungemach.

 

I, jak to w takich sytuacjach bywa, mamy dwa wykonania. Jedno za szybkie:

 

A drugie za wolne (od 9’00”):

– Nie powinieneś był tego robić.

– Nie ja jestem temu winny.

– A to dlaczego?

– Bo mam lepsze argumenty.

– Ja zaś z każdym dyżurem przywykam do nie-chłopaka; nie wiem dlaczego, w szpitalu czuję to bardziej.

– Czuję, że znowu dziś będę tego słuchać. Robota, spod której czubka głowy nie widać, jakieś honoraria, które się spóźnią, płatności, które gonią. Bo wiosna to czas rozliczeń i dopłat, i – na co się zanosi – podwyżek.

– Niestety, to prawda z tą wiosną. W dodatku znowu wiosna trąci zimą.

– Szczury niczego już chyba groźnego w naszych czasach w Warszawie nie przenoszą?

– Dżumy raczej nie.

– Dżumę XX wieku w każdym razie przenoszą sami ludzie.

– Może to po prostu trzeba zaakceptować? Koniec końców wszystko trzeba.

– Szczególnie brak końca końców.