Archives for posts with tag: śpiew

– Nie śpiewasz?

Ogórek nie śpiewa.

– Czemu?

Dlaczego!

– „Nad gmachem Europejskiego Centrum Muzyki w Lutosławicach śpiewają skowronki. A w środku rozbrzmiewają instrumenty.”

– A nie wiatry z artystycznego wzdęcia u geronta, którego przedsiębiorcza żona zbiera każdy pierd do relikwiarza jako skarb narodowy?

 

 

– Jak ślicznie podrygujesz! Mógłbyś tańczyć i śpiewać w kabarecie!

– Żartujesz chyba, dostałbym zadyszki po trzecim zdaniu. Chyba że byłbym cały w trenach i etolach, i egretkach, i tylko laską z wielkim diamentem pokazywałbym tancerzom, jak mają się wić wokół mnie.

– O, to zupełnie jak Maryla Rodowicz!

 

– A jakim ty śpiewałeś głosem?

– Co było potrzeba: brakowało basa – to basem, tenora – tenorem.

– Duża rozpiętość.

– Wiesz, z głosem jest tak, że dół się ma, a górę trzeba zwykle zrobić.

– To tak jak z shemale’ami!

 

– Wiesz co, nieźle ci idzie, ale uważaj z vibratem.

– Spoko, w domu wyjmuję baterie.

 

 

 

– Czy ty mi znowu puszczasz to cygańskie dziecko bez matury?

– Przepraszam, samo się włączyło. Czy ty właśnie uprawiłeś ksenofobię?

– Nie, „cygańskie” w sensie spłodzone piórem Jacka Cygana. Tak czy siak mewa.

– Czemu mewa? Bo kracze? Krzyczy?

– Bo „to nie ja była mewą”. Słyszysz, do jakiego stopnia ona nie ma dołów? To przed chwilą przecież powiedziała, a nie zaśpiewała.

– A jednocześnie w górach ma pohukiwania jak wielkie diwy operowe.

– Ale one mają też wielki głos. Na dodatek ledwo się jej zwierają struny w pianach, a nawet jak dopakuje głośnością, to ten piczi-głosik musi się przebijać przez zatkany nos. I wychodzi zamglony pisk jak u myszki chorej na zatoki.

– Ale jaka napinka jest! Górniak jest jak bardzo chudziutkie dresiątko, które się wozi, giba na boki, i myśli, że wygląda jak kafar, a wygląda jak wieszak kołyszący się na wietrze.

 

 

 

– Co ona tak rzęzi? Z taką jakby przymiauczką.

– Brytnej zawsze śpiewała z takim kurwim pomrukiem.

– Śpiewałem nawet na karaoke!

– Byłeś bardzo pijany?

– Nie, byłem pijany dwa lata temu.

 

 

– Jak słyszysz, żyjemy w muzycznej dupie.

– Ale marmurowej dupie!

– Marmurowej studni z łajnem.

– Nie śpiewajcie ze mną, ja w chórze nie umiem. Jestem urodzoną solistką.

– Z nami nie zaśpiewasz tego duetu?

– Ale jak to, duet we trzy?

– We dwie, bo ty śpiewasz z plejbeku.

– Ja nie wiedziałam, że śpiewam z plejbeku, bo nie znam obcych wyrazów!

– Pierwszoplanowych solistów mają tu bardzo dobrych, niektórych nawet znakomitych. Ale drugi plan zaskakująco słaby.

– Bo my jesteśmy rozpuszczeni polską operą.

– Że niby co?!

– No, u nas do pierwszych planów zaprasza się z zagranicy gwiazdy trzeciej wielkości, a drugie plany daje się śpiewakom pierwszej polskiej wielkości.

– Hej. Jak powrót?

– Dostałem w metrze brawa.

– Oboże. Już się zdenerwowałem. Znowu wszcząłeś jakąś burdę?

– Niee…

– Kazałeś się komuś przesunąć do środka, żeby się dało wsiąść?

– Nie. Zapomniałem się i sobie śpiewałem.

– Śpiewałeś? Co takiego?

Duet Holendra z Sentą, tę taką melodyjkę ładną na początku.

– A jak się zorientowałeś, że śpiewasz na głos?

– Jak niedokładnie zaśpiewałem któryś skok i pokręciłem głową. I wtedy się zorientowałem. Przeprosiłem państwa i dostałem brawa.

– Śniło mi się, że miałem zastąpić odtwórcę roli tytułowej w operze Hernani (sic) Verdiego, w partii barytonowej zresztą (sic, sic), w której dominują bardzo długie wartości rytmiczne o niewielkiej rozpiętości skali. Takie całonutowe buczenia. Miało to być w Teatrze Wielkim–Operze narodowej, rzecz jasna, ale o bardzo ciekawie ukształtowanej widowni: sala przypominała jeden ze starych europejskich teatrów z wieloma piętrami ciasno upakowanych lóż, i to na planie pełnego koła, tak że miejsca dla publiczności były też nad niewielkim oknem scenicznym. I jak to bywa u mnie w tego typu snach, okazuje się, że jest dzień premiery, a ja nic nie umiem. Ale myślę sobie: eee, to jest tylko jedno dłuższe wejście w I akcie, recytatyw w II i znowu aria w III, to dam radę. Ale przecież nie mam nut, a na domiar złego nie wiem za bardzo, co w nich jest! I chodzę po teatrze, szukam partytury, ale znajduję tylko pojedyncze kartki z głosami orkiestrowymi albo bezużytecznymi częściowymi wyciągami fortepianowymi. Jednocześnie trwają już ostatnie przymiarki przed spektaklem, masa ludzi na scenie mierzy kostiumy, technicy ustawiają światła na dość niskich statywach jak w telewizji. Do mnie zaś dociera, że nie tylko nie znam partii, ba, nie wiem nawet, w jakim jest języku, lecz także nie mam pojęcia o choreografii ani koncepcji realizacyjnej przedstawienia, a tak naprawdę to w sumie nie umiem śpiewać. Ogarnia mnie rosnące przerażenie, ale w ostatniej chwili pojawia się Wehwalt i mówi, że on tę partię ma obcykaną, to za mnie zaśpiewa.

 

David Trinidad

Chatty Cathy Villanelle

 

When you grow up, what will you do?
Please come to my tea party.
I’m Chatty Cathy. Who are you?

Let’s take a trip to the zoo.
Tee-hee, tee-hee, tee-hee. You’re silly!
When you grow up, what will you do?

One plus one equals two.
It’s fun to learn your ABC’s.
I’m Chatty Cathy, who are you?

Please come help me tie my shoe.
Can you come out and play with me?
When you grow up, what will you do?

The rooster says cock-a-doodle-doo.
Please read me a bedtime story.
I’m Chatty Cathy. Who are you?

Our flag is red, white and blue.
Let’s makebelieve you’re Mommy.
When you grow up, what will you do?
I’m Chatty Cathy. Who are you?

– Co ci się dzieje?!

– Nie żadne: „co ci się dzieje”, tylko: „jak pięknie śpiewasz”!

– Na razie jestem z chłopakiem i mnie ogranicza na rzecz rutynowego życia. To tak jak moja koleżanka, a właściwie jej babcia. Miała na nazwisko Kaczorowska czy coś, coś na K, i była w „Mazowszu”, i miała być zajebista, ale poznała faceta, i on powiedział: albo ja albo kariera, to wybrała jego, on potem umarł, a ona co roku na święta, jak gotuje, to śpiewa „kukułeczka kuka”, a rodzina zamyka się w łazience, a ona chodzi i – „Gdzie się wszyscy schowali”?

– Jezu, jak ona śpiewa. Jak babcia przy kominku.

– To jej standardowe brzmienie przecież.

– Baje smętnie babcia, baje, gdy Alagni już nie staje*.

 

—————————————————

* Przest. „nie staje kogo, czego” – „brak kogo, czego”.

– Łuhuhu, ale się ktoś rozśpiewał. Była to tercja!

– I to czysta, co w przypadku tercji nie jest akurat specjalnym komplementem.

– „Tak mało jeszcze znamy, a tak się bardzo chełpimy”. Co ty na to?

– Brzmi dziwnie.  „Tak mało jeszcze znamy”? O co tu w ogóle chodzi?

– Właśnie. A wiesz, co jest w oryginale? „Tak niewiele dotąd wiemy, a tak wiele przypuszczamy”.

– Aha!

– Jest takie seksistowskie porównanie, że przekład jest jak kobieta – jeśli jest wierny, to nie jest piękny, a jeśli jest piękny, to nie jest wierny. To tłumaczenie robi krok naprzód w dziedzinie emancypacji – nie jest ani piękne, ani wierne.

– Jest za to głupie. Jak powiedziała Nuśka o koncercie jakiejś śpiewaczki: „Było nudno i nieczysto, ale za to brzydkim dźwiękiem”.

Niekompletny tekst znalazłem między innymi na portalu maluchy.pl, w sekcji teksty piosenek dla dzieci. Tu cytuję kilka strof za dokładniejszym źródłem.

Choćbym się w cielesnéj kochał krasie,
I ona się w szpetność zmieni w czasie;
Ach, niestała
Piękność ciała,
Wczoraj się świeciła, dziś sprochniała.

Zmieni się cielesna śliczna barwa,
Będzie z niéj plugawa śmierci larwa,
A z pięknego
Nic brzydszego
Nie masz nad człowieka umarłego.

Ten, co cię za życia umiłował,
Ręce twoje mile, twarz całował,
Już z daléka
Nos zatyka,
Twarz, oczy odwraca, precz uciéka.