Archives for posts with tag: starość

– Popatrz, to jego były, a to obecny.

– Może on jest łowcą posagów?… Albo spadków.

 

 

– A jak się ma ciocia Jadzia?

– Która?

– Jadzia Mackiewicz!

– A ile ona ma lat? Sto? Sto pięćdziesiąt?

– Nie wiem, ja mam wrażenie, że ci ludzie po dziewięćdziesiątce to już żyją, ile chcą…

– Czyli która śpiewaczka?

– No, zgaduj.

– Nie della Casa, ta szwajcarska arystokratka, która śpiewała w ukryciu przed rodziną pod pseudonimem?

– Nie, nie Lisa della Casa.

– Nie. Nie Cossotto, która była lesbijką i mieszkała ze swoją kochanicą na Korsyce?

– Nie, Fiorenza Cossotto nie.

– Skoro żadna z dwóch, to to musi być Simionato. Którą poznajemy po tym, że nie jest ani della Casą, ani Cossotto.

– Tak! Simionato.

– Co o niej wiemy?

– Że nie była della Casą ani Cossotto, że wcześnie zakończyła karierę i przeżyła sto lat bez tygodnia.

– Powinniśmy mieć program albo audycję pod tytułem „Żywoty diw operowych”, zrobiłby furorę.

 

– Przychodzi do mnie kiedyś pacjent, taki mocno starszy, siada, rozdziawia się, widzę, że nie ma założonej częściowej protezy i pytam: „Pan nie wziął protezy?” – a ten nic. To drugi raz go pytam, bo pewnie niedosłyszy: „Protezy pan dzisiaj nie założył?”. Znowu nic. No to trzeci raz pytam „Proteza została w domu, tak?”, a on mi na to zdziwiony i lekko zdegustowany, że zawracam mu głowę i wypytuję o życie osobiste: „A co pani, nikogo nie ma w domu!”.

– …Tak jak ten, no, z Konopielki, który… No, jak on się nazywał… On tam wtedy z tą… Nie mogę sobie przypomnieć, skleroza starcza.

– Chyba na razie skleroza zwykła. Ale uważaj: skleroza starcza nie jest wtedy, gdy się zapomina, tylko wtedy, gdy temu zapomnieniu poświęca się za dużo uwagi.

– Ja mam dwadzieścia lat!

– Ty masz dwadzieścia lat!

– Razem mamy czterdzieści…

– 30 to jednak nie jest nowe 20. Starzeję się i ogólnie konformizuję. Przestawiłem w Wordzie interlinię z 1,15 na 1,5. Pora umierać.

– Ja zrobiłem odwrotnie, ale dowodzi to tego samego, ponieważ dopiero niedawno zauważyłem, że można ustawić 1,15. Grube tysiące stron wklepanych w Wordzie, a tu zdziwko, dziadu. Tak, 30 to nie jest nowe 20.

–  Albowiem wydaje mi się, że za naszych czasów interlinii 1,15 jeszcze nie było. Było tylko 1 i 1,5 do wyboru. 1,15 wprowadzono w jakiejś późniejszej aktualizacji.

– O której z pewnością uczą w gimnazjum…

– Ja to chyba nawet czytałem.

– Co czytałeś?

– Tego Schopenhauera. Ale nie pamiętam.

– Ha, to mam nad tobą przewagę.

– A co, czytałeś i pamiętasz?

– Nie. Nie czytałem i nie pamiętam!

– Byłem na masterclass u Teresy Berganzy. Ciągle na mnie patrzyła i robiła do mnie miny.

– Czemu akurat do ciebie? Może ty robiłeś do niej miny?

– Pewnie tak. A potem podszedłem, żeby mi się podpisała na zdjęciu. Bierze je ode mnie i mówi: „Niech pan zgadnie, ile ja na tym zdjęciu miałam lat.” Wyglądała na jakieś czterdzieści-pięćdziesiąt, więc ryzykuję: „Czterdzieści pięć…?” A ona na to: „Ha! Sześćdziesiąt pięć! Proszę popatrzeć tu, na szyję, jakie zmarszczki!” Patrzę, no, faktycznie, ma zmarszczki. „Ale reszta dobrze, świetnie wyglądałam. A wie pan dlaczego? Bo ja wtedy byłam bardzo zakochana!”

– Już mi o tym opowiadałeś, chyba ze dwa razy.

– Ach tak, wiem, że powtarzam wciąż tę samą historię do znudzenia…

– Nie martw się, ja się przyzwyczaiłem do rozmawiania z ludźmi po osiemdziesiątce.

– Twarz do dupy.

– Ale jakie ciało!

– Ja starszą panią jestem, mnie  ładne ciało jebie.

– Ten fakt legł u ruiny mojego związku.

*

– Tym lepiej, bobym usnął i jeszcze bardziej by mnie okradli.

*

– To było w czerwcu, więc była już czwarta.

*

– To jest pub dla takich od 35 w górę, to klub dla osób starszych.

*

– Ziewasz?

– Ziewam.

– Klękaj?

– Łykam.

– On jest już stary, w sklepie sprzedaje, siedzi o lasce. 

Stoję sobie smętnie w klubie, nie spotkawszy jeszcze akurat tego wieczora nikogo znajomego. Na kanapie nieopodal siedzi niebrzydki, ale nieco groźnie wyglądający chłopak w stylu dresowatym (z tych, co oczy może oderwać trudno, ale do domu by się takiego nie zabrało). Zerka na mnie ze dwa razy bez zainteresowania, coś tam klika na telefonie. Po trasach jego wzroku widać, że zdecydowanie bardziej niż rówieśnicy interesują go dojrzalsi mężczyźni.

Po paru chwilach podchodzi do mnie starszy ode mnie o dobre trzydzieści lat względnie bliski znajomy, którego pojawienie się jest zwykle gwarancją, że nie będę się nudził, że będzie można porozmawiać ciekawiej i poważniej niż to zwykle w klubach. Witamy się niezbyt wylewnie; można by pomyśleć, że się nigdy wcześniej nie widzieliśmy. Chyba pyta mnie, czy mam ochotę się czegoś napić. Sam pija głównie koniak, najchętniej w imponującym pękatym kieliszku, o ile mają taki na barze. Rozmawiamy przez moment półgłosem.

Chłopak z kanapy obserwuje. Zanim oddalę się ze znajomym ku barowi, patrzę mu na krótko w oczy i po raz pierwszy widzę w nich coś na kształt zainteresowania. Nie, nie zainteresowania. Solidarności. Znużonego zrozumienia.

I

Jadę metrem. Zwykle raz w tygodniu, mniej więcej regularnie, i to w godzinach szczytu popołudniowego. Nienawykły do panującego o tej porze tłoku, chłonę otoczenie, o ile nie śmierdzi. Chociaż wtedy niejako chłonę bardziej, no i tym silniej próbuję się skupić na tym, co pociąga, przyciąga, odciąga; zajmuje, cieszy.

Dziś w metrze chłopak, na oko 18-20 lat. Płowe, długawe włosy, na nich słuchawki z pałąkiem. Ciemnoniebieskie oczy z silnie rozszerzonymi źrenicami. Górna warga nieznacznie wysunięta, co nadaje wygląd lekko kojarzący się z mrówkojadem (jednak bez większego nosa skojarzenie może być co najwyżej połowiczne). Stoi pół metra ode mnie. Mimo to – a może właśnie dlatego – nie patrzy na mnie. Ani razu.

Pomyślałem coś sobie z bezbrzeżnym smutkiem znamionującym przeczucie nadchodzącej straty. Może poniekąd na mocy definicji. Ale jakoś wcześniej, szybciej, bardziej.

II

W tym samym czasie Wehwalt wysyła do mnie smsa. Jest na próbie w filharmonii. Widzi słodkiego młodego blondyna, który śpiewa i tańczy w przedstawieniu, na które mam iść wieczorem: chłopak siedzi w sportowym ubraniu na podłodze i coś komuś tłumaczy.

Że ów blondyn jest moim równolatkiem, dowiaduję się później, przejrzawszy program przedstawienia i wyszukawszy go w internecie.  Nie wiem, czy powinno mnie to cieszyć, czy martwić.

III

Niedawno w klubie. Siedzi sobie z bardzo atrakcyjną dziewczyną najładniejszy bodaj chłopak w klubie (jak się potem okazało – klasa maturalna). Skejciorek, niezbyt chłopięcy, ale świeży; wyraźnie męski, ale nie maczo. Ktoś nas ze sobą poznaje, zaczynamy rozmawiać o niczym. Jego dziewczyna okazuje się studentką I roku anglistyki, pyta, co robię. Wydaje się tym zafascynowana, tym bardziej, że z miejsca odpowiadam jej na jakieś pytanie językowe, na które nie mogła znaleźć nigdzie odpowiedzi. (Bo nie umie szukać, a nie dlatego żeby było takie trudne.)

Widzę w jej oczach, że na mnie leci, nie może oderwać ode mnie wzroku. Ja gapię się na jej faceta, który w zasadzie nie zwraca na mnie uwagi. Jak z opowiadania Iwaszkewicza à rebours: nie mogę mieć jego, więc mam chociaż ją, którą ma on, a która nie może mieć mnie.

Chłopak mówi, że mam fajne buty. Dziękuję i schylam się lekko, żeby zerknąwszy na jego, móc odwzajemnić komplement. Gdy się obaj pochylamy, zderzamy się daszkami niemal identycznych czapek i, uniósłszy szybko  głowy, wybuchamy śmiechem.

IV

Nie wchodzi mi alkohol, moje w połowie wypite piwo stoi smętnie na barze. Chłopak pyta mnie, czy może się napić.  Mówię: proszę, weź, ja już nie będę pił. Najwyżej potem zamówię następne.

Bierze, pije.

Aschenbach brudzi chłopca uszminkowanymi ustami.

 

Mmm i mrówkodzik rozmawiają w wigilię Wigilii o tym, jak coraz mocniej są posunięci przez czas. Mmm rozwija swoją koncepcję estetyczno-semantyczną opartą na tym dialogu:

Wiadomo, że w pewnym wieku nie wygląda się dobrze, tylko źle, i wszyscy to widzą. Wtedy można co najwyżej wyglądać korzystnie. Mniej lub bardziej korzystnie.

ORYGINAŁ

PIERWSZA PRZERÓBKA

DRUGA PRZERÓBKA

– Idziemy gdzieś?

– Nie wiem. Czuję się dziś jakiś taki stary, brzydki i nieatrakcyjny…

– Aaa, to Café „Po Schodkach”.