Archives for posts with tag: szmata

– A ty lubisz obrazy Marka Rothka?

– Myślę, że nie ma sensu ich oglądać. Jedynym naprawdę fascynującym dziełem, jakie stworzył ten hochsztapler, był on sam. Wystarczy sobie o nim poczytać.

– Dzięki twojej ostatniej działalności zainteresowałem się jidyszyzmami. Wiesz, że tego w polszczyźnie jest od cholery?

– Domyślam się, ale nie umiem żadnego wymienić.

– To w większości zapożyczenia leksykalne, typu „bajgiel”, „rejwach” albo „belfer”. Są też charakterystyczne składniowe, mylenie biernika z dopełniaczem w dopełnieniu i tak dalej. Jak w dowcipie o żydowskim pedofilu, który mówi: „Chłopczyku, chcesz kupić cukierek?” Ale i tak najlepsze są w angielskim. To nagłosowe powtórzenie schm- jest właśnie z jidysz!

– Na przykład?

– Na przykład moody – schmoody, albo marathon – schmarathon, Boston – Schmoston.

– Po polsku też tak można! Wrocław – Szmocław, Kraków – Szmaków…

– Warszawa – Szmarszawa? Hm…

– Ale! Katowice – Szmatowice!

– Ha! I Kielce – Szmelce!

Zdejmując koszulkę, zrobiłem sobie zaszmacenie na głowie, coś między kubańską tancerką a murzyńską gospodynią domową.

– Myślisz, że mogę iść w tym zawoju na miasto podpisywać papiery?

– Wyglądasz ślicznie!

– Powiem „Pani redaktor kochana, przepraszam, że ja taka spóźniona, ale co za dzień, ja właśnie wracam z… Medytacji. Tai chi. Tajpej. Taj… wan. No dobra, jadłam zupkę chińską.”

Bita cwelik szmata

[napis na murze przy wjeździe pociągiem do Krakowa, jakoś za nomen omen Batowicami]

– Pomyślałem: no to muszę przyjść dzisiaj tego posłuchać.

Wie ein Kondukt.

In gemessenem Schritt.

– Pięknie.

– I kiczowato. Skądinąd bardzo na temat. Miłość to kicz.

– O, czas na złote myśli?

– Żadne złote myśli, tylko do parteru i nos przy ziemi.

– Do lizania butów?

– Skądże. Ze szmatą, zmywam podłogę. A na deser telenowela w TV.

– Miała węża. A teraz ma jamnika.

– O, a ma też węża?

– Stul pysk, bo dostaniesz szmatą.

– Ale…?

– Wiesz za co.

Mat o swoich dwóch wspołlokatorach z dawnych czasów:

– Mirek mówił do Maćka: „ty worku kałowy, ty dupodajo, ty pasywna zdziro!”. A Maciek nie czuł się z tym najlepiej.

The Great Scallop: This tacky, scrofulous old rapist is second in depravity only to the common clam. This latter is a right whore! A harlot! A cynical, bed-hopping, firm-breasted, Rabelaisian bit of seafood that makes Fanny Hill look like a dead pope! And finally, among the lemmelebrate bivalves, that most depraved of the whole subspecies, the whelk. The whelk is nothing but a homosexual of the worst kind! This gay boy of the gastropods, this queer crustacian, this mincing mollusk, this screaming, prancing, limp-wristed queen of the deep makes me sick!]

[Monty Python, The War Against Pornography, od ok. 11. minuty]

Wielki przegrzebek, wredny parszywy dupcyngiel wyuzdaniem ustępujący jedynie pospolitej małży jadalnej. A to prawdziwa dziwka, ladacznica, lafirynda, cynicznie skacząca z łóżka do łóżka potrawa morska o sterczących cyckach, jakby wyszła spod rubasznego pióra Franciszka Rabelais. Przy niej Fanny Hill wygląda jak martwy papież. I wreszcie najbardziej zdeprawowany ze wszystkich skorupiaków: trąbik sfałdowany. To homoseksualista najgorszego gatunku. Ten spedalony brzuchonóg, zboczony skorupiak, mizdrzący się mięczak, ta odrażająca, nadęta, wymiękła ciota otchłani wywołuje u mnie mdłości!

[przekład Tomasza Beksińskiego]