Archives for posts with tag: tandeta

– Na przekór słowom piosenki, życia z „Klanem” miałem szybko dość…

– Och, Ilonie Łepkowskiej jestem nie mniej wdzięczny. Nasza krajowa Ciocia Tandeta. Ciepła kluska stęchłego polskiego zaduszku. Wyrazicielka marzeń na miarę naszego braku możliwości. Społeczna edukatorka z naciskiem na „kat”, chemiczny utrwalacz stereotypów, petryfikatorka strefy komfortu, intelektualny last minute all inclusive.

– Czy ty mi znowu puszczasz to cygańskie dziecko bez matury?

– Przepraszam, samo się włączyło. Czy ty właśnie uprawiłeś ksenofobię?

– Nie, „cygańskie” w sensie spłodzone piórem Jacka Cygana. Tak czy siak mewa.

– Czemu mewa? Bo kracze? Krzyczy?

– Bo „to nie ja była mewą”. Słyszysz, do jakiego stopnia ona nie ma dołów? To przed chwilą przecież powiedziała, a nie zaśpiewała.

– A jednocześnie w górach ma pohukiwania jak wielkie diwy operowe.

– Ale one mają też wielki głos. Na dodatek ledwo się jej zwierają struny w pianach, a nawet jak dopakuje głośnością, to ten piczi-głosik musi się przebijać przez zatkany nos. I wychodzi zamglony pisk jak u myszki chorej na zatoki.

– Ale jaka napinka jest! Górniak jest jak bardzo chudziutkie dresiątko, które się wozi, giba na boki, i myśli, że wygląda jak kafar, a wygląda jak wieszak kołyszący się na wietrze.

 

 

 

Znajoma o sporym plastikowym kocie, którego przyniósł uczestnik współorganizowanej przez nią konferencji w ramach wyrazu wdzięczności:

– Wszyscy traktują go jak maskotkę i pytają „Co to kurwa jest?!”.

– „Trupiej czaszki nigdy nie brakuje za zalotną maską, a życie jest tylko szatą z dzwonkami, którą Nic zawiesiło na sobie, aby nimi dzwonić, i którą na koniec rozedrze i odrzuci.”*

– Za zębami natomiast niekiedy brakuje katedry podniebienia, w której mogłoby wybrzmieć milczenie. Niestety, zdarza się i beknięcie z krypty.

—————————————————————————————

A. Klingemann, „Straże nocne”, fragment zacytowany przez pewnego bardzo ponurego osobnika.

– Pomyślałem coś, ale się nie przyznam.

– No, powiedz.

– Że to był naprawdę dobry seks, bo…

– Bo…?

– …Bo wszystko wydaje mi się teraz takie metaforyczne. Ale to niewarte zapisania. Świetny seks jest lepszy niż średnia literatura.

– O! Było coś?

– Więcej, w tym rzecz.

– Biednyś.

– Między biedą a bogactwem jest pod tym względem mała i największa zarazem różnica, jak między zerem a jedynką. Albo dokładniej: jedynką a dwójką.

– Dwaj naraz?

– Skąd!

– To co ma tu do rzeczy jakaś dwójka?

– Jeden plus jeden równa się dwa.

– A no tak.

– Twój stan cywilny zwalnia cię z tej arytmetyki. Mój wtrąca mnie w algebrę metafor.

Rozmowa o nieco tandetnym flakonie jakichś ładnych arabskich perfum, które kupił sobie PB.

Mmm: Popatrz, nawet naklejka krzywo przyklejona!

Pb: Gdyby była równo, toby na pewno była jakaś chińska podróba.