Archives for posts with tag: tekst

– Dotarło do mnie właśnie, jak drastynicznie, tragopitulicznie durne jest wymyślone przez Jacka Cygana – bo kogóż by innego! – sformułowanie „mój sokole gromowładny”. WTF?! Aż się człowiekowi chutor w burzanie otwiera.

– Oj tam, oj tam. A “Galileo, Galileo, Galilileo let me go! Let me go! Bismillah let me go! Scaramouche, Scaramouche will You let me fandango?” Czy jakoś podobnie. Głupie? Głupie. Genialne? Genialne. Nie mieszajmy „rejestrów”. Co, oczywiście, nie znaczy, że „Dumka” jest genialna. Ale Cygan ma na koncie kilka evergreenów.

– Moim zdaniem ten tekst Queenów jest świetny na wiele sposobów – głównie dlatego, że coś wnosi, burzy, pobudza estetycznie. Cygan zazwyczaj robi coś przeciwnego. Kołysze polskiego cebulaka w jego snach z pasztetowej i salcesonu. Evergreeny – może i tak, ale wiecznie zielone dlatego, że są z plastiku.

 

 

– A czego ty tu sobie słuchasz?

– Samo mi się włączyło na jutjubie. Bartoli śpiewa „Lascia ch’io pianga”, tyle że z innym tekstem.

– Bo to ma alternatywne słowa, z innej opery.

– Ach, rozumiem, aria walizkowa.

– Tak. „Lascia la spina”.

– Czyli jakby „porzuć cierń”. Albo kręgosłup.

– No chyba kręgosłup.

– Jak to kręgosłup? Moralny ma porzucić?

– A bo ja wiem. Może spina w cyrku.

– Spina w cyrku? To jak występujący mają tremę przed pokazem?

– Nie, ściana.

– Ściana to jest rozmowa z tobą. Jaka znowu ściana?

– W rzymskim cyrku, na wyścigach. Taka między torami najeżona.

– Coś powątpiewam, żeby w tej arii chodziło o porzucenie najeżonej ściany. Zerknę na tekst… No właśnie. „Lascia la spina, cogli la rosa”.

– Coli!

Cogli, tak.

– Escherichia?

– Tak, bakteryjne zapalenie rdzenia!

– No i co, porobiliście coś? Skoro on taki super…

– Nie. Ja mu płacić nie zamierzam, ani brać od niego pieniędzy nie będę, a za darmochę to ja nie chcę.

– O, to twój tekst?

– Nie, pierwszy raz to powiedziałem.

Myślałem, że Puro teatro jest nie do pobicia w jej repertuarze. Ale trafiłem dziś na Te voy a contar mi vida. Pod spodem moje wolne tłumaczenie krótkiego tekstu tej piosenki.

 

 

Na długo zanim rozkocham cię w sobie,

Na długo zanim się zatrzasną sidła,

Opowiem ci swoje życie.

 

Chcę, żebyś wiedział, czemu spać nie mogę.

Sądź mnie łagodnie, póki jesteś obok;

Opowiem ci swoje życie.

 

Chcę, byś mnie kochał takim, jakim jestem,

Żebyś mnie kochał i kochał namiętnie;

Opowiem ci swoje życie.

 

Byś się dowiedział o mym życiu, świecie,

Pragnieniu, lęku i o tym, w co wierzę,

Opowiem ci swoje życie.

 

 

Na długo zanim rozkocham cię w sobie,

Na długo zanim się zatrzasną sidła,

Opowiem ci swe życie, póki jesteś obok.

 

 

 

–  W takiej poezji dla mówiącego przestaje być istotne, co mówi, a liczy się tylko, że mówi. W ten sposób dopełnienie usuwa się całkowicie w cień na rzecz podmiotu. Dlatego wydaje mi się, że właśnie orzeczenie jest jak waga, na której szalach ważą się podmiot i dopełnienie…

– Zaszkodzili ci najwyraźniej ci metafizycy angielscy.

Za Tuskiem się nie dojdzie, że tak powiem.

[Jarosław Kaczyński]

*

[…] mogła być Mata Hari, a wyszło ogólne harakiri.

[Paweł Abramowicz, tvn24]

*

Pacjent w wieku od zera do czterech lat z gorączką i napadem drgawkowym w wywiadzie jest zawsze pacjentem stanowiącym zagrożenie życia i zdrowia.

[Jolanta Kręcka, dyr. łódzkiego NFZ-u]

*

Budynek zaopatrzony jest w drewniane okna, balkonik na pierwszym piętrze, długie, kręte schody. Na ścianach widnieją artystyczne stropy, elementy ozdobne sufitu, a także ozdobne żyrandole. Podłoga wyłożona została drewnianym parkietem, również klepką.

[wikipedia, od Tajnego D.]

*

Z uwagi na czerwony kolor pasty, nie zaleca się mycia pasty w ubraniu wyjściowym.

[ze strony apteki doz.pl]

*

Atrakcyjny rozkład jazdy powinien zachęcać do korzystania z komunikacji miejskiej. Pasażer powinien krótko oczekiwać na przystanku, a autobusy, tramwaje, metro i SKM powinny kursować regularnie i bardzo często. Proces przygotowania takiego rozkładu wymaga wielu analiz, przygotowań, wzajemnych uzgodnień. W ostatecznym kształcie rozkładu jazdy trzeba również uwzględniać aktualny stan infrastruktury i dostępność taboru.

[strona warszawskiego ZTM]

 

– Dla mnie w przeżywaniu sztuki analiza jest bardzo ważna, bo mi pokazuje rzeczy, których na pierwszy rzut nie widzę albo nie czuję.

– Mi raczej chodzi o kontakt z czystymi emocjami.

– W sensie: niezapośredniczonymi przez tekst?

– Na przykład. Bo analiza to… analiza.

– Fakt, niezbyt analityczna to definicja.

Planeta chłopców. Autor całkiem ładny, książka niedługa, a co mi tam, przeczytam sobie.

Już po. No i odczucia mam mieszane (mocno). Tam, gdzie Georgiev odmalowuje sceny rodzajowe, tekst jest prawdziwszy i bardziej intrygujący. Można by go sobie odczytywać parabolicznie, albo i nie, autor jednak nie pozostawia czytelnikowi czasu ani miejsca na ewentualną refleksję – niestety interpretacje i puenty są bardzo wyraźnie dopowiedziane. Na tym książka traci jedną trzecią wartości. Drugą trzecią traci przez jakość tych puent (Lubiłem być sam, nawet w czasie ostatniego dnia w roku. Tak, jak będę sam w czasie ostatniego dnia mojego życia albo Ilu ludzi żyje z uczuciem zniewolenia i nawet sobie tego nie uświadomią). Takie trywiały, gdy powiedziane wprost, są nie do zniesienia; co innego, gdy się do nich dojdzie samemu, wyciągając wnioski z lektury. Pozostaje trzecia trzecia, ta socjologiczna, faktograficzna. Ona podratowuje książkę, która zaczyna się zresztą całkiem obiecująco.

Mam też wątpliwości czysto warsztatowe. Struktura tematyczno-rematyczna jest w wielu miejscach pozaburzana (Jak masz dużego?), a narracja jest mętna, często trudno się zorientować, o której ze zmieniających się jak w kalejdoskopie epizodycznych postaci mowa:

Znalazł sobie przyjaciela. Na początku się nim opiekował. Pracował w komunikacji miejskiej.  […] Ma wobec niego dług. […] Został z nim, bo chciał mu pomóc.

Jak na świadomy zamysł formalny (który by się przecież bronił!) za mało konsekwentnie poprowadzone, zatem to najpewniej niechlujność autora lub niezręczność tłumacza. W każdym razie – ewidentny brak redakcji. Można ubolewać, bo książka, zwłaszcza dla czytelnika 15-20-(25?)-letniego, byłaby nawet całkiem w porządku.

A na deser fragment, który ubawił mnie ze względów czysto osobistych, sapientibus sat:

Od razu jeden się przykleił. Chyba przygląda mi się już kilka lat. […] Pięć lat jest sam. Chyba nikt go nie chciał. Na dwadzieścia osiem lat nie wyglądał. wyglądał starzej, trochę łysawy, taki burak. […] Gapił mi się na buty.

[wprowadzenie: patrz tutaj]

Wydawało się to tak nieprawdopodobne, że Wilhelmowi zajęło trochę czasu, nim pojął znaczenie zniknięcia korony. Gdy do niego dotarło, chwycił fotel i roztrzaskał go o mur. Odwrócił się do emira. Miesiące spędzone na wojnie przywróciły jego nieco zbyt pulchnej ostatnio twarzy jej pierwotne piękno. Rude włosy spadały mu na ramiona i gdyby nie czarna broda odziedziczona po hiszpańskich przodkach jego matki i jego ciemna cera, wyglądałby kropka w kropkę jak jego ojciec Roger II. Górował wzrostem nad Maionem, któremu wydawało się przez chwilę, że gniew króla zmiecie go z powierzchni ziemi. Dla rozrywki dworzan król wyginał czasami żelazne kraty gołymi rękami albo podnosił wierzchowca wraz z jeźdźcem! Co więc mógłby uczynić z emirem…

– Znajdź ją, Maionie. I to szybko – syknął Wilhelm.

– Tak jest.

 *

Drukowało się to tak bezprzykładne, że Wilhelmowi rozerwało ciut terminu, nim zmiarkował prestiż zatarcia się zwieńczenia. Gdy do niego dojeżdżało, ucapił urząd i pokiereszował go o parkan. Mełł się do doży. Trymestry przezimowane na interwencji zbrojnej reaktywowały jego cokolwiek kolportaż brzuchatej przedwczoraj renomy jej nieuczęszczaną dorodność. Ryżawe uczesanie dyndało mu na wysięgniki i gdyby nawet nie obskurne podgardle sukcesyjne po hiszpańskich dinozaurach jego rodzicielki i jego nie oświetlona ogorzałość, wypatrywałby oczy zanieczyszczenie w plamkę jak jego wynalazca Roger II. Poprzerastał głębokością nad Maionem, któremu redagował się przez wzgląd na momencik, że rozdrażnienie przodownika odskrobie go z dwuwymiarowości gumna. Dla frajdy dworzan orzeł wyginał oznaczonymi dniami stalowe ogrodzenia zdziadziałymi mackami albo pozaciągał ogiera chóralnie z amazonką! Co tedy podołałby opracować z radżą…

-Wytrzaśnij ją, Maionie. A także niniejszy rychło – rozszumiał się Wilhelm.

– Być może idzie na karb.

Przyznaję się: tłumacząc większą ilość prozy, uciekam się czasem do korzystania z tezaurusa wbudowanego w edytor Word. Razu pewnego, mocno nad ranem, po nocy spędzonej nad tekstem, wpadłem w głupawkę i zainspirowany zabawnymi propozycjami tezaurusa, przerobiłem nim fragmenty, które podaję najpierw w brzmieniu oryginalnym, a potem ze wszystkimi słowami (z wyjątkiem niektórych zaimków, przyimków itp.) pozamienianymi tezaurusem.

Podszedł do nich stajenny i wysłuchał instrukcji, które cicho przekazał mu emir. Zaraz ze stajni wyszedł koniuszy, prowadząc za uprząż dwie klacze, jakich Tankred w życiu nie widział. Średnich rozmiarów, maści różowobiałej w złote plamki, o długich jedwabistych grzywach.

– „Dzieci wiatru” – cicho rzekł Hugo z podziwem – Nie wiedziałem, że masz takie skarby.

Poprzysuwał się do nich stajenny tudzież uwzględnił rekomendacje, które bezszmerowo wygęgał mu maharadża. Morowych powietrz ze stajni wyguzdrał się ordynat, komenderując za smycz dwie kobyły, jakich Tankred w egzystencji nie rozważył. Statystycznych formatów, kolorystyki obiecująco bladej w kanarkowe kleksy, o rozwlekłych brzoskwiniowych kudłach.

– „Oseski podmuchu” – wyartykułował Hugo konspiracyjnie z achami i ochami. – Nie obeznałem się, że dzierżysz takie cacka.

Że bez realizacji, to jeszcze nie bez wpływu. Ja się kocham w jednym takim, i też bez wpływu na życie, w sensie: na codzienność, ale ogólnie z dużym wpływem. Ta rozpacz zaczyna mi się jakoś podobać.

Ja od rozpaczy mam byłe związki, całą, dziękuję uprzejmie, kostniczkę. Jest to oczywiście kostniczka uprawna, zapładniająca duchowo, pozwalająca kontemplować cierpienia, hodować teksty i takie tam.

 

W pisaniu czy tłumaczeniu typowych dialogów trudno uniknąć stosowania czasownika pytać, kto by zresztą chciał go unikać. Zatem nie unikam i używam. Na przykład jak w zdaniu:

Jak się czujesz? – pyta Rebeka.

Ilekroć użyję tego czasownika w tej właśnie formie, word sumiennie podkreśla go na zielono i wyświetla następujące pouczenie:

wskazany wyraz jest uznawany za wulgarny.

Każdy tekst, wszystko w ogóle, robi się interesujące, jeśli się temu przyglądać wystarczająco długo. To jak odróżnić manuskrypty wartościowe od, powiedzmy, mniej wartościowych?

Po długości przyglądania się.

 

Jest taka piosenka The Cranberries Zombie, wszyscy znają, to nie zagnieżdżam.

Tekst jest przyzwoity. Jest w nim taki fragment:

 But you see, it’s not me, it’s not my family.
In your head, in your head they are fighting,
With their tanks and their bombs,
And their bombs and their guns.
In your head, in your head, they are crying

Dopiero niedawno dowiedziałem się, że tam jest:

 And their bombs and their guns.

Całe życie myślałem, że ona śpiewa:

And their bombs and they’re-gones.

„Ich bomby i ich odejścia/zniknięcia”, tak to rozumiałem, według tej samej logiki co must-haves, dos and don’ts czy has-beens. Wydawało mi się to bardzo udane i całkiem poruszające. A tu feler.

Piosenka, nietypowo nieco, mi się podoba, głównie ze względu na bardzo trafiony tekst i modulację do moll w trzeciej strofie.

 

Cigarettes and chocolate milk
These are just a couple of my cravings
Everything it seems I like’s a little bit stronger
A little bit thicker
A little bit harmful for me

If I should buy jellybeans
Have to eat them all in just one sitting
Everything it seems I like’s a little bit sweeter
A little bit fatter
A little bit harmful for me

And then there’s those other things
Which for several reasons we won’t mention
Everything about them is a little bit stranger
A little bit harder
A little bit deadly

It isn’t very smart
Tends to make one part so broken-hearted

———————————————

Zapodane przez Wiewióra.