Archives for posts with tag: translatoryka

Jakiś czas temu w księgarniokawiarni znanej też jako „Duży Pokój” lub „Bawialnia” wygrzebaliśmy taki ładny wierszyk Wandy Chotomskiej:

Do redakcji „Kurnika” przyszła kaczka tłumaczka

I przywiozła walizkę rękopisów na taczkach.

Pan redaktor się skłonił, musnął wąsem i baczkiem,

Najpierw zerknął na kaczkę, później spojrzał na taczki

I uprzejmie zapytał: – Pani książki tłumaczy

z angielskiego na polski? – Nie, z gęsiego na kaczy. –

Co? Z gęsiego na kaczy? W głowie mi się nie mieści!

Czyżby gęsi i kaczki tez pisały powieści? –

Oczywiście, że piszą, a ja właśnie tłumaczę

każde gęsie „gę gę gę” na „kwa kwa kwa kwa” kacze.

Proszę, oto jest próbka, niech pan w piśmie zamieści,

W tłumaczeniu na kaczy ślicznej gęsiej powieści:

„KWAŚ KWAKAŁA W KWASTWINIE”, tak się powieść zaczyna…

Pan redaktor osłupiał: – „KWAŚ”? „KWAKAŁA”? „KWASTWINA”?

Co to znaczy? – To proste! Wciąż pan nie wie, co znaczy?

„GĘŚ GĘGAŁA W GĘSTWINIE” w tłumaczeniu na kaczy…

– Mógłbyś przeczytać, coo? Byś mi powiedział co i jak, wiesz.

– Bardzo chętnie, przeglądałem, wygląda bardzo ciekawie, ale teraz mam mało czasu.

– Dobrze. Niech czeka. Losem masochisty jest oczekiwanie.

– A losem sadysty tłumaczenie?

Przed laty. Film pornograficzny, w oryginale francuski, z lektorem angielskim i nałożonym na niego lektorem polskim. Scena orgii, finałowa. Do frymuśnych wnętrz pałacu przybywają goście. Gospodarz, ufryzowany starzec w makijażu, szlafroku i z wachlarzem, wita przybyłych. Przedstawia zgromadzonym jedną z kobiet słowami:

– C’est notre amie.

A lektor czyta tłumaczenie na polski:

– Będziecie ją ruchać po kolei.

Serial The Tudors. Rozmowa podjudzonego przez Henryka VIII sir Francisa Bryana z księżniczką Marią. Tekst oryginalny:

Bryan: There’s a new game at court you might enjoy.

Maria: What is it?

Bryan: It’s called cunnilingus.

Polskie tłumaczenie ostatniego zdania:

– To gra w słówka.

Co ciekawe i jeszcze bardziej pogrążające dla tego przekładu, jak powiadają, król Henryk podobno naprawdę dworował sobie z niewinności swojej córki Marii, przemycając różne nieprzystojne słówka w konwersacji, z czego śmiał się cały dwór, a ona nie rozumiała o co chodzi.

Ze znajomym weryfikowaliśmy polski przekład pewnego francuskiego tekstu (wykonany przez biuro tłumaczeń specjalistycznych). Oto najapetyczniejsze kwiatostany błędów, wybrane spośród całych naręczy przeinaczeń, pominięć, niejasności i niezręczności:

Powinno być: Posługiwanie się szkłem laboratoryjnym

Było: Uzyskiwanie szkła specjalistycznego w warunkach laboratoryjnych

*

Powinno być: Spalanie zachodzi wyłącznie przy udziale dwuatomowych cząsteczek tlenu

Było: Spalanie zachodzi wyłącznie w obecności dwutlenku

*

Powinno być: Podczas ogrzewania lodu temperatura przestaje rosnąć w pewnym przedziale czasowym

Było: Podczas ogrzewania lodu pojawia się skala temperatury

*

i moje ulubione:

Powinno być: Test na obecność dwutlenku węgla – wprowadzenie dwutlenku węgla do wody wapiennej wywołuje strącenie się białego osadu

Było: Test na obecność tlenu – dwutlenek z wodorotlenkiem wapnia daje osad chlorku rtęci

[wprowadzenie: patrz tutaj]

Wydawało się to tak nieprawdopodobne, że Wilhelmowi zajęło trochę czasu, nim pojął znaczenie zniknięcia korony. Gdy do niego dotarło, chwycił fotel i roztrzaskał go o mur. Odwrócił się do emira. Miesiące spędzone na wojnie przywróciły jego nieco zbyt pulchnej ostatnio twarzy jej pierwotne piękno. Rude włosy spadały mu na ramiona i gdyby nie czarna broda odziedziczona po hiszpańskich przodkach jego matki i jego ciemna cera, wyglądałby kropka w kropkę jak jego ojciec Roger II. Górował wzrostem nad Maionem, któremu wydawało się przez chwilę, że gniew króla zmiecie go z powierzchni ziemi. Dla rozrywki dworzan król wyginał czasami żelazne kraty gołymi rękami albo podnosił wierzchowca wraz z jeźdźcem! Co więc mógłby uczynić z emirem…

– Znajdź ją, Maionie. I to szybko – syknął Wilhelm.

– Tak jest.

 *

Drukowało się to tak bezprzykładne, że Wilhelmowi rozerwało ciut terminu, nim zmiarkował prestiż zatarcia się zwieńczenia. Gdy do niego dojeżdżało, ucapił urząd i pokiereszował go o parkan. Mełł się do doży. Trymestry przezimowane na interwencji zbrojnej reaktywowały jego cokolwiek kolportaż brzuchatej przedwczoraj renomy jej nieuczęszczaną dorodność. Ryżawe uczesanie dyndało mu na wysięgniki i gdyby nawet nie obskurne podgardle sukcesyjne po hiszpańskich dinozaurach jego rodzicielki i jego nie oświetlona ogorzałość, wypatrywałby oczy zanieczyszczenie w plamkę jak jego wynalazca Roger II. Poprzerastał głębokością nad Maionem, któremu redagował się przez wzgląd na momencik, że rozdrażnienie przodownika odskrobie go z dwuwymiarowości gumna. Dla frajdy dworzan orzeł wyginał oznaczonymi dniami stalowe ogrodzenia zdziadziałymi mackami albo pozaciągał ogiera chóralnie z amazonką! Co tedy podołałby opracować z radżą…

-Wytrzaśnij ją, Maionie. A także niniejszy rychło – rozszumiał się Wilhelm.

– Być może idzie na karb.

Przyznaję się: tłumacząc większą ilość prozy, uciekam się czasem do korzystania z tezaurusa wbudowanego w edytor Word. Razu pewnego, mocno nad ranem, po nocy spędzonej nad tekstem, wpadłem w głupawkę i zainspirowany zabawnymi propozycjami tezaurusa, przerobiłem nim fragmenty, które podaję najpierw w brzmieniu oryginalnym, a potem ze wszystkimi słowami (z wyjątkiem niektórych zaimków, przyimków itp.) pozamienianymi tezaurusem.

Podszedł do nich stajenny i wysłuchał instrukcji, które cicho przekazał mu emir. Zaraz ze stajni wyszedł koniuszy, prowadząc za uprząż dwie klacze, jakich Tankred w życiu nie widział. Średnich rozmiarów, maści różowobiałej w złote plamki, o długich jedwabistych grzywach.

– „Dzieci wiatru” – cicho rzekł Hugo z podziwem – Nie wiedziałem, że masz takie skarby.

Poprzysuwał się do nich stajenny tudzież uwzględnił rekomendacje, które bezszmerowo wygęgał mu maharadża. Morowych powietrz ze stajni wyguzdrał się ordynat, komenderując za smycz dwie kobyły, jakich Tankred w egzystencji nie rozważył. Statystycznych formatów, kolorystyki obiecująco bladej w kanarkowe kleksy, o rozwlekłych brzoskwiniowych kudłach.

– „Oseski podmuchu” – wyartykułował Hugo konspiracyjnie z achami i ochami. – Nie obeznałem się, że dzierżysz takie cacka.

Obiad. W tle film Piekło pocztowe na AleKino+. Tekst oryginalny przebija chwilami przez lektora.

[na poczcie, mężczyzna podnosi arkusz znaczków]

 – … So that people buy stamps!

– … Żeby ludzie kupowali stemple!

[kobieta ze szpicrutą do mężczyzny na koniu]

 – You know what happens to naughty boys?

– Wiesz, co spotyka niegrzeczne koniki?

 

 

– Rilkego też fatalnie przełożono i co z tego.

– Biblia jest ważniejsza niż Rilke…

– Chcesz się kłócić czy ruchać?

Yolanda: Entonces yo blablabla…

Tłumaczka: Rozmawialiśmy o poezji…

Zobaczyłam wczoraj plakat informujący o panelu dyskusyjnym o przekładzie poezji P. Larkina (prowadzenie: Dehnel i Jarniewicz, https://www.facebook.com/translateit.uw) i oczywiście zerkałam nań jednym okiem (kątem).

Rzucił mi się w oczy adres strony internetowej: translateit.waw.pl. Próbowałam go zapamiętać i powtarzałam sobie „translateit”, „translateit”, „translateit” i zastanawiałam się, czy od razu napisać do Ciebie z pytaniem, czy „translateit” to po łacinie i co to znaczy, czy poczekać, aż będę mięć dostęp do netu.

Zastanawiałam się dobra minutę, nim dotarło do mnie, ze to „translejt yt”:| Nie jest ze mną dobrze…

Dowiedziałem się właśnie, że Szkoła Główna Gospodarstwa Wiejskiego oficjalnie tłumaczy swoją nazwę na angielski jako…

University of Life Sciences.

Ale z Polaków, którzy słusznie uwielbiają Mistrza i Małgorzatę, nikt się nie dowie, jak nazywał się faktycznie ich autor. Bo na jego wydawanych po polsku książkach i na plakatach spektaklów (a nawet w skandalicznym, pełnym osłupiającego niechlujstwa, tendencyjności, luk, przeinaczeń, fałszów i niekompetencji Słowniku pisarzy rosyjskich Wiedzy Powszechnej) widnieje tylko zmyślone nazwisko: Bułhakow. Skąd się coś takiego wzięło?

Wymyślili to nazwisko po prostu jego tłumacze: Irena Lewandowska i Witold Dąbrowski. Zresztą spytałem ich kiedyś: co im strzeliło do głowy? Osłupiałem, gdy okazało się, że jedynym, lecz nieodpartym argumentem na rzecz samowolnego przekręcenia nazwiska Bułgakowa jest fakt, iż w Polsce istnieje nazwisko BUŁHAK. Więc… nazwisko pisarza też trzeba koniecznie „przetłumaczyć”. Rzekomo na polskie. Choć w „Bułhaku” tez nie ma krzty polszczyzny. Wydaje się raczej białoruskie i bodajże spokrewnione z nie używanym już rosyjskim czy ogólniej ruskim wyrazem „bułga” – „rozróbka”.

Lubiłem ich oboje i byli to dobrzy tłumacze. Ale nie uznam przecież, nawet jeśli mój przyjaciel sobie coś głupio ubrda, że nieodpowiedzialna brednia jest mądra i słuszna. Bo z kolei ktoś wymyśli, że nazwisko Tołstoj i Gorki „przetłumaczyć” wypada na „Tłusty” i „Gorzki”, następnie Czechow  na „Czechowicz”, Puszkin na „Armatniak” i Babel na „Bąbel”, czy zgoła, nie daj Boże, na „Bubel”.

[z felietonu Roberta Stillera Zemsta na Rosjanach; wytłuszczenia – mrówkodzik]

Kolejna książka z biblioteki Grossvatera W. – Długie pożegnanie Chandlera (wyd. Czytelnik – Seria z jamnikiem!), przetłumaczona przez Krzysztofa Klingera. Oto dwa cytaty:

Zawsze można się czymś zająć, jeśli człowiek nie musi pracować i liczyć się z tym, ile co kosztuje. Nie daje to prawdziwego zadowolenia, ale bogaci o tym nie wiedzą. Nigdy go przecież nie zaznali. Zresztą nie dążą do niczego usilnie, chyba że jest to przespanie się z czyjąś żoną, ale i to pragnienie jest blade w porównaniu z tym, jak żona hydraulika marzy o nowych zasłonach do jadalnego pokoju.

[jadalny pokój; w odróżnieniu od pokoi niejadalnych…]

No i to:

Przeważnie staram się zabić czas, ale czas umiera powoli.

hrabina Roletti:

Ja też wychodzę z założenia, że tłumacz nie jest specjalistą w stu
dwudziestu dziedzinach. ma znać język, nie architekturę systemów
operacyjnych, technologię zbrojenia betonu. może jeszcze metody analizy statystycznej badań klinicznych z podwójną ślepą próbą?

bez przesady, po to są redaktorzy.

Ot co – rzekła Salina von de Nasal i przypomniawszy sobie o niedawnej
zmianie czasu urzędowego, dyskretnie ziewnęła.