Archives for posts with tag: uśmiech

– Nazywam się Karina i przyjechałam do państwa z „Dynastii”.

 

– A ja miałam dziś kolonoskopię i bardzo się cieszę, że już to ze mnie wyjęli.

– Nie jestem pewien, czy bardziej nienawidzę jej, czy siebie. Zapytam szefa.

– Jestem Rafał. Mam bardzo małe zdjęcie. Ale za to mam bardzo długą firmę! To znaczy dużą.

– Przed każdym posiłkiem zjadam papryczkę piri-piri, żeby piekło mnie gardło. Dzięki temu pamiętam, że jedzenie to zło i brzydota.

– Nie wiem, jak się gra na tym pianinie, ale chyba mam talent.

– Lubię szejki czekoladowe. Poznałam też bliżej kilku szejków.

 

– Czemu ta pani w głośniku ma taki uśmiechnięty głos? Czy ona nie wie, że mówi o menu w wagonie restauracyjnym i karach za brak biletu?

– Ona chyba nie rozumie. Pewnie nie umie czytać i uczy się tych dźwięków na pamięć, jak melodii bez treści.

– Ty się tak do niego nie uśmiechaj. W takich barach zatrudniają też heteryków.

– Ten heteryczką raczej nie jest.

– No raczej nie. A jeśli jest, to ma czkawkę.

– Ja już chyba rozumiem, czemu wszyscy jej uczniowie tak mażą prawym pedałem, jakby brodzili w błocie. Bo ona potrzebuje na maseczkę do konserwacji swojego stanowczego matczynego uśmiechu!

– Uśmiechnij się ładnie.

– Proszę.

– Ojej, wyglądasz tak jakoś… Co to za grymas?!

– Przecież to jest uśmiech świąteczny.

– To nie jest uśmiech świąteczny. To jest tężec.

 

 

 

– Dzień dobry! Wstajesz wreszcie?

– Hmmm…

– Nina Andrycz nie żyje.

– To czemu mi od razu nie mówisz, zerwałbym się z łóżka natychmiast. Nareszcie. Chociaż nie: kilkadziesiąt lat za późno. Nienawidzę jej.

– Ja też.

– Ale wcale nie za to, że była złą aktorką. Jak pomyślę, ile ta nomenklaturowa miernota agresywna wygryzła i zniszczyła dobrych aktorek…

– Na przykład Eichlerównę.

– A kto to był?

– No właśnie.

– Poza tym wiesz, jakie ona koszmarne wiersze pisała?

– Domyślam się.

– To była aktorka pełną gębą. Nawet poezja w jej wykonaniu to był dramat.

 * * *

Nina Andrycz

Tancerka

Cały ciężar rozgrzanego ciała
na dwóch palcach oprzeć umiem.
Oto wbiegam, lecę nad tłumem
aż nierealnie biała
tajemnicza, bo niema
łabędzica z muzycznych jezior
Czajkowskiego
Szopena.

Prócz baletmistrza uczą mnie elfy
pedagodzy najmilsi, choć kapryśni.
Już oddałam im lustra z Wenecji
oddam jeszcze złote beryle
ale wiem –
elfy mogą mnie opuścić
mogą zniknąć.

Tak w jednodniowej glorii motyla
dwoję się między lotem a bólem.
Zamiast dzieci mam dobre sezony.
Boję się szału jak Niżyński
ciemnych schodów
górskich przełęczy.
Ale broni mnie uśmiech
ten piruet na twarzy
młodzieńczej
raz na zawsze.

[z tomu To Teatr, 1983]

– Uśmiech odmierzaj na uncje, łzy zostaw sobie na później.

No dobra, to ja wychodzę.

Znam ten uśmiech, winowaty, zakłopotany, mam taki sam, kiedy zamierzam coś niegrzecznego.

– Nieee…

Tak.

– Tak.

Masz bardzo miły uśmiech. Dopiero potem przychodzi strach.