Archives for posts with tag: wiadomość

– Odbieranie maili podczas urlopu to symptom choroby. Każdy wie jakiej.  Zaraz, zaraz… Urlop… hmm, to takie dni w roku, kiedy maile czyta się dopiero od południa?

– Tak! I jak to się mawia w kontekście pierwszego drinka – zawsze gdzieś na świecie jest akurat południe.

 

 

 

 

Dolacz do spoleczenstwa ludzi sukcesu

Robot finansowa jest przyszlosc bogactwo i niezaleznosc.

pilna bogaca

– No przyznaj, nieźle cię wymęczyła przez te lata.

– Dobrze chociaż, że nie jest już chociaż moją szefową.

– Ale czy tobie potrzebna ta praca?

– Trochę potrzebna, mam tam jeszcze parę rzeczy pożytecznych do domknięcia.

– No rozumiem.

– Ale ostatnio zadzwoniła i z obłędem w głosie mówi, że musimy się spotkać, bo ona coś bardzo ważnego musi mi powiedzieć.

– Może chce ci powiedzieć, że chce cię zwolnić!

– Może.

– To powinieneś jej postawić szampana i ostrygi!

– Nie wiem, może chce mi powiedzieć, że ma raka.

– Oj?

– Raka nadziei!

 

 

– Patrz, kolejna wiadomość spod znaku PILNE.

– Taa… A zauważyłeś, że PILNE to anagram LIPNE?

– Wiedziałeś, że Árpád Miklós nie żyje? Popełnił samobóstwo.

To znaczy samobójstwo, miało być.

Zresztą wszystko jedno.

– Dobrze im życzę L’enfer c’est les autres… Ojoj, przepraszam, wkleiło mi się, piszę na laptopie rodziców, mam tu guzik od wklejania itepe obok spacji. Kiedyś mnie to pogrąży.

Otrzymałem dziś taką wiadomość od nieznajomego:

Dzień dobry, kocham swój profil. Byłbym bardzo zadowolony, jeśli spełnione. Jestem pewien, że jesteś bardzo interesującą osobą. Szukam mężczyzny do poważnego związku. Niestety, muszę biec do pracy. Byłbym bardzo zadowolony, jeśli możesz napisać do mnie maila. Ja czekam na Twój list.

Z wielkim szacunkiem

Xxx

Odkryłem coś przerażającego. Kto chce usłyszeć przesłanie Belzebuba, niech kliknie w ten LINK. W ukrytym pod nim filmiku zaszyfrowana jest wiadomość Szatana dla ks. dra hab. Dariusza Oki.

Telefon podawany Eltonowi Johnowi przez hiszpańską pokojówkę to „cuatro, cuatro, cuatro, ocho, ocho, ocho”, co w ustach tej homogenderowej transladacznicy brzmi: „oko, oko, oko”.

I teraz najstraszniejsze: ten numer to 444 888 – a średnia arytmetyczna z 444 i 888 wynosi… 666.

Lot się opóźniał i opóźniał, aż wreszcie odwołali i trzeba znaleźć sobie jakiś zastępczy. Przeganiają kilkudziesięcioro czekających do odległego stanowiska, gdzie można przebukować bilet. Przemieszczamy się sprawnie, więc zajmujemy niezłe miejsce w kolejce: przed nami nie więcej niż dwadzieścia osób, za nami – trzydzieści. Rozmawiamy ze stojącą obok dziewczyną. Następny sensowny lot jest za siedem godzin, co nie jest wiadomością dobrą (bo to w sumie dziewięć godzin później niż pierwotna godzina wylotu), ale nie jest też wybitnie złą (bo da się dolecieć jeszcze tego samego dnia).

– No trudno, poczekamy i może będą miejsca na tym popołudniowym locie – mówię pogodnie.

– I tak już jesteśmy wygrani – stwierdza dziewczyna – a jak bardzo jesteśmy wygrani, to się jeszcze dowiemy – dodaje złowrogo.

[Dwa fragmenty z powieści Johna Lanchestera Capital (Faber and Faber, 2012). Ogólnie nie wiem, co sądzić o tej książce. To znaczy, że naprawdę nie wiem. ]

‘I’ve got cancer,’ Petunia had said, with a sensation that she had bumped into something. People talked about the floor opening up beneath you, or the ground falling from beneath your feet, and things like that, but it wasn’t how Petunia felt; she felt as if she had walked into something invisible. Something which had always been there but which she hadn’t been able, and still wasn’t able, to see.

‘Not strictly,’ the doctor said. […] ‘Brain tumour is not a form of cancer. But you do have a tumour and I am sorry to say there is evidence that it is growing.’

Evidence – a heavy word.

*

The punchline was that she was now dying. Petunia’s story was an example of life’s capacity to go on being one thing, to be it more that it was possible to imagine, and then to be more of the same, only more intensely so. It was unbearable. And like so many unbearable things, it had to be borne. 

Znajome wrażenie zagubienia, rozległe szkolne niewyspanie. Piasek pod powiekami, dyskomfort w żołądku. Wiesz, że masz podkrążone oczy, nawet bez patrzenia w lustro. Odklejenie od rzeczywistości, jakby się trochę wypiło albo przypomniało sobie złą wiadomość. Raczej to drugie: uczucie powierzchownego znieczulenia idące w parze z utrwalonym lękiem.

Dzwoni dzwonek. Nie mogę znaleźć swojej klasy. Podchodzę do różnych ludzi, nie poznaję twarzy, chociaż niektóre są całkiem ładne. Do tej szkoły przeniósł się specjalnie dla mnie Piotrek, ale jestem na niego pogniewany, bo z jednej strony dziwnie się czuję z tym, że zadał sobie nieproporcjonalnie duży trud przyjścia tu za mną, a z drugiej jestem zazdrosny, bo siedzi w łazience i podrywa jakiegoś równolatka.

Wreszcie natrafiam na grupkę dziewczyn. Są ubrane w sukienki balowe jak na studniówkę, mają fikuśne fryzury i mocny makijaż. Popijają szampana z długich kieliszków.

– Ej, nie wiecie może, gdzie jest moja klasa?

Wskazują gestem na pozostałe dziewczyny siedzące i stojące w strojach wieczorowych. Rzeczywiście, poznaję. Ze zdziwieniem zauważam wśród tych osób twarze znane raczej z klubów niż z liceum, ale nie wnikam.

Wchodzę do klasy. Pracownia polonistyczna, nauczycielki jeszcze nie ma, na biurku leży otwarty dziennik. Koleżanki i koledzy już siedzą normalnie ubrani w ławkach częściowo ustawionych w podkowę.

Jest gorące popołudnie. Wstaję i pytam:

– Jaki my mamy miesiąc? Czasem nie sierpień?

– Nie, czerwiec.

– To już po maturach? Dlaczego jesteśmy w szkole?

Koleżanka prostuje:

– Bo mamy maj.

Inna poprawia:

– Mamy marzec, matury za pasem.

Kolejna uściśla:

– Tak, mamy kwiecień.

– Rany boskie, ja się w ogóle nie uczyłem. Ale zaraz, ja już to chyba zdawałem. Czy my tego nie zdawaliśmy?

Cisza.

– No, mówcie, ręka w górę, kto zdawał.

Wszyscy podnoszą ręce.

– A kto z was zdał tę maturę?

Zdecydowana większość podnosi ręce.

– To dlaczego teraz jesteśmy w szkole? Co to jest w ogóle za szkoła?

Koleżanka odpowiada z miną taką, jakby to była najbardziej naturalna rzecz na świecie:

– Sześcioklasowe technikum.

– Że co? W której jesteśmy klasie?

– Czwartej.

– Ale dlaczego?!

Agnieszka, która siedzi przede mną z nosem w zeszycie zapisanym wzorami matematycznymi, odwraca się i odpowiada rezolutnie:

– Bo daje to nam nowe możliwości zdawania na przykład fizyki, chemii na maturze.

– Ale po co?

– Żeby studiować na politechnice.

– To się kupy nie trzyma. Dobrze chociaż, że ty też z powrotem tutaj, Agnieszko.

chri: hej,co slychac

mrówkodzik: hej, pracowicie, bardzo. a u ciebie?

chri [nazajutrz]: hej,nic nie piszesz?

mrówkodzik: odpisałem wczoraj: „hej, pracowicie, bardzo. a u ciebie?”

chri: ok, zawsze tak oschle piszesz

mrówkodzik: słuchaj. piszę co u mnie słychać i pytam, co u ciebie. odpisujesz: „hej, nic nie piszesz?”. nie wiem, jak mam reagować.

chri: co sie z TOBA DZIEJE?

Najsmutniejsza wiadomość tygodnia: zmarł Henryk Bereza, jeden z najwybitniejszych krytyków literackich po 1945 roku w Polsce.

Jest dopiero czwartek.

Piotradgio pisze:

– Jestem pod tobą.

Odpisuję parę godzin później, wróciwszy do domu:

– Ja nie byłem w sobie.

Jeszcze poczuć się trzeba

Z godzinę, dwie

W łóżku

Przytuliłbym się

Kicię mam

Anatomia człowieka

 

[wiadomość z fb, cytat dokładny z wersyfikacją włącznie]

Ech.

Muss der Tod denn auch entbinden,

was kein Fall entbinden kann?

Muss sich er mir auch entwinden,

der mir klebt dem Herzen an?

Ach! der Vater trübes Scheiden

machet gar zu herbesLeiden,

wenn man unsre Brust entherzt,

solches mehr als tödlich schmerzt.

Dieser nun wird mir entrissen,

ach! wie heftig ist der Schmerz,

dass ich den nun muss vermissen,

der war meines Herzens Herz!

Dieses soll mein Trost nun werden,

weil ich lebe auf der Erden

dass ich sein in Lust und Pein

dankbar eingedenk will sein.

Schlafe wohl, du Hochgeliebter,

lebe wohl, du seel’ge Seel;

ich, dein Sohn, nun Hochbetrübter,

schreib auf deines Grabes Höhl:

„Allhie liegt, des Spielens Gaben

selbsten Gott erfreuet haben:

darum ist sein Geist beglückt

zu des Himmels Chor gerückt.”