Archives for posts with tag: widownia

– Aby się obyć oraz pokaszleć sobie i posmarkać przy „Parsifalu” bez konieczności wychodzenia z domu i zakładania cyrkowej biżuterii warto kupić/wypożyczyć ten utwór na DVD i napawać się kulturą w zaciszu domostwa.

– Ale taki sposób ma jedną zasadniczą wadę: obędziesz się, ale nie pokażesz! Ha. A na festiwalach – z Beethovenowskim na czele – pokazówka jest najważniejsza.

– No mamy kilka nagrań na DVD. Trzeba odpalić – Wielkanoc to dobry moment. Obwiesimy się koralami i bransoletami i pokaszlemy se przy akompaniamencie dzwonów!

 

 

 

– Zastanawiam się, czy chodzenie na koncerty ma dla mnie jeszcze jakikolwiek sens. Wykonania zwykle są co najwyżej średnie, jak dzisiaj, a jak nawet już się trafi jakieś lepsze, to publiczność i tak jest to w stanie zrujnować. Dzisiaj za nami siedział bardzo głośno i dziwnie szybko sapiący pan (serce? astma? POChP?), który zabrał ze sobą dwóch synów w wieku ok. 5 i 6 lat. Na wybór scen z Parsifala. Wagnera. Ci się pokładali, spali i szurali; żadna w tym ich wina. Po drugiej stronie za nami pani wyglądająca i – co ważniejsze – zachowująca się, jakby wykonywała najstarszy zawód świata, z panem, który wyglądał na takiego, co ten interes prowadzi albo co najmniej korzysta z jego usług. Pod koniec II aktu pani roześmiała się pełnym głosem. Najwyraźniej pan opowiadał jej jakieś prześmieszne kawałki (może jakieś mrzonki o tym, że niektórzy robią to nie za pieniądze?). Widać się im spieszyło do pracy lub zabawy, bo po przerwie nie wrócili. Wróciła za to rodzinka jakiegoś polityka głośno wchodząca, spóźniona, kiedy już się zaczęło (kojarzę jego twarz, ale nie umiem powiązać z nazwiskiem, a szkoda). Wreszcie, pod koniec III aktu, kiedy udało mi się trochę wciągnąć i rozmarzyć wśród sekwencji drezdeńskiego amen wzbogaconego innymi motywami z tej ukochanej mojej opery Wagnera – na ostatnich dziesięciu taktach – dwie stare prukwy zaczęły po prostu rozmawiać, ot, tak, tonem konwersacyjnym. Bo czemu nie? W końcu gadanie na koncercie czy spektaklu to norma, a zwrócenie uwagi (choćby najgrzeczniejsze) to chamstwo. A bileterzy i bileterki umywają ręce i zdają się najgłuchszymi i najspokojniejszymi ludźmi na świecie. Przemyśliwam, czy nie zacząć robić takim gadającym ludziom zdjęć i umieszczać ich w galerii hańby.

– Śniło mi się, że miałem zastąpić odtwórcę roli tytułowej w operze Hernani (sic) Verdiego, w partii barytonowej zresztą (sic, sic), w której dominują bardzo długie wartości rytmiczne o niewielkiej rozpiętości skali. Takie całonutowe buczenia. Miało to być w Teatrze Wielkim–Operze narodowej, rzecz jasna, ale o bardzo ciekawie ukształtowanej widowni: sala przypominała jeden ze starych europejskich teatrów z wieloma piętrami ciasno upakowanych lóż, i to na planie pełnego koła, tak że miejsca dla publiczności były też nad niewielkim oknem scenicznym. I jak to bywa u mnie w tego typu snach, okazuje się, że jest dzień premiery, a ja nic nie umiem. Ale myślę sobie: eee, to jest tylko jedno dłuższe wejście w I akcie, recytatyw w II i znowu aria w III, to dam radę. Ale przecież nie mam nut, a na domiar złego nie wiem za bardzo, co w nich jest! I chodzę po teatrze, szukam partytury, ale znajduję tylko pojedyncze kartki z głosami orkiestrowymi albo bezużytecznymi częściowymi wyciągami fortepianowymi. Jednocześnie trwają już ostatnie przymiarki przed spektaklem, masa ludzi na scenie mierzy kostiumy, technicy ustawiają światła na dość niskich statywach jak w telewizji. Do mnie zaś dociera, że nie tylko nie znam partii, ba, nie wiem nawet, w jakim jest języku, lecz także nie mam pojęcia o choreografii ani koncepcji realizacyjnej przedstawienia, a tak naprawdę to w sumie nie umiem śpiewać. Ogarnia mnie rosnące przerażenie, ale w ostatniej chwili pojawia się Wehwalt i mówi, że on tę partię ma obcykaną, to za mnie zaśpiewa.

– Popatrz na nią. Jak myślisz, „gdzie lubi”?

– Trzeba emerytce powiedzieć, gdzie ona powinna lubić: na widowni albo przed telewizorem.