Archives for posts with tag: wolność

– To zdjęcie góry z czubkiem płasko odciętym przez mgłę wygląda, jakby Wolny Tybet emigrował na Słowację.

– Dzisiaj był nawet dość szybki.

– Orogenezy się im, psia mać, zachciewa. Za moich czasów każdy trzymał własną morenę w domu i się nie afiszował.

 

 

– A wiesz, co będzie, jak nie spróbujesz każdej z dwunastu wigilijnych potraw?

– Yyy, będę miał cały przyszły rok wolny od przesądów i zabobonów?

 

 

 

– Wiesz, czego symbolem jest V?

– Zwycięstwa?

– Właśnie. Popatrz na sobie skrót nowego państwa polskiego: IV RP.

– No, mamy tam V jak victoria, a pozostałe litery…

– …Układają się w RIP.

– Muszę przestać onanizować się bez użycia rąk, ale zrobiłem się strasznie leniwy.

– Yyyy?

– No bo używam electro. Znaczy, podpinam se electro, puszczam porno i samo się dzieje.

– I jak cię teraz torturować, skoro sam se to robisz!?

– Widzisz, jestem jak feministka, która wygrała swoje prawa. Mogę sam się torturować.

 

 

 

– Właścicielka psa, aha. Utrwalamy patriarchalny paradygmat niewolnictwa kobiet, które muszą wyprowadzać zwierzęta, a przez tę jukstapozycję w zasadzie utożsamia się kobietę z psem. Z pewnością spasionym psem, żeby zdyskryminować osoby z nadwagą. Nie musi pan tego pisać; to i tak jest jasne. Ze spasionym psem, którego pan nienawidzi i marzy tylko, żeby Magda Gessler zrobiła z niego kotlety i na siłę karmiła nimi wegan.

 – Precz z weganami, meganami i całą resztą! Niech żyją labladory i rabladoly, labradory!

 – Ładnie to tak wyśmiewać się z osób z wadą wymowy? I przy okazji dyskryminować osoby, które wcale nie chcą żyć? One też mają prawo do nieżycia!

– Ale to moja wada wymowy ! I wała panu od niej! jak pan nie wierzy, to może pan zapytać moich znajomych! Ja całe życie ciełpię z powodu zamieszkiwania w Ładomiu!

– Oczywiście, jak z wadą wymowy, to musi być z Radomia. Czyli teraz jedziemy po prowincji i naigrawamy się z nierównych szans?

– Kułwa, wnełwia mnie pan!

– Proszę pana, ja mam wyższe racje i bronię uciśnionych, ja mam najwyższe racje, tak jak aktor ma wszystkie uczucia, tak jak mam wszystkie racje. NARAZ. Nie muszę myśleć logicznie, odróżniać pojedynczych przypadków od generalizacji. Jestem od tego, żeby udowodnić każdemu, że nic nie należy do niego, tylko do tych, którzy postanowili go bronić, choćby bez jego udziału i wbrew jego woli.

——————————————————–

Tytuł – patrz tutaj:

– Napisał do mnie koleś z Niemiec. Pisze, że chciałby, żebym przyjechał tam do niego, zaaranżował porwanie go, a następnie sprzedanie napakowanemu Polakowi, któremu mógłby służyć do celów wszelakich, zarówno porządkowych, jak i erotycznych na zasadzie całodobowego i całorocznego knechtszaftu.

– Odpisz mu, że spoko, ale porwanie nie do Polski, ale do Iranu.

– Zawsze wiedziałem, że można liczyć na Twoją łagodność: sądzisz, że Polski by nie zniósł? Tu nawet nie będzie mógł sobie ciąży usunąć, jak wpadnie z masterem.

– To prawda. A w Iranie, jeśli będzie chciał, zrobią mu nawet korektę płci i przerobią na babę.

– Chciałbym powiedzieć, że przesadzasz. O, jak bym chciał…

– Odpisz też, że usługa jest płatna.

– A ile za to wziąć?

– No nie wiem, ale co najmniej tyle, żebyś miał potem na ucieczkę i spokojne życie na Seszelach, bo porwania są przecież nielegalne.

– Patrz, umknął mi ten drobiazg! Nawet porwania konsensualne? W sumie na przykład, o ironio, w Wielkiej Brytanii BDSM jest nielegalne. Nie możemy się umówić, że Ci zrobię umiarkowaną krzywdę niezagrażającą zdrowiu, nawet jeśli jesteśmy w pełni władz wszelakich i spiszemy poświadczoną umowę.

– Było jakieś orzecznictwo niemieckie na ten temat, ale już nie pamiętam. Uczyłem się tego na studiach. Chyba to było tak, że zgoda pokrzywdzonego co prawda nie wyłączała odpowiedzialności karnej, ale mogła stanowić okoliczność łagodzącą.

– Swoją drogą to ciekawe, na ile w tym sadomasochistycznym fantazmacie gra dla tego Niemca rolę fakt bycia sprzedanym polskiemu właścicielowi. Spotkałem się kiedyś z profilem faceta, Polaka, który określał się jako  polnische Schweine i pragnął oddać się we władanie niemieckiemu panu. Poczułem się dziwnie.

– Ja myślę, że to są ludzie, którzy nie mają działki. Możliwe też, że nie choruje im babcia. Dlatego mają czas na skupianie się głównie na sobie. Chcieliby być porwani, ale nie przyjdzie im do głowy, że najpierw musi znaleźć się ktoś, kto będzie chciał porwać akurat ich. Zmierzam do tego, że z reguły trzeba najpierw coś dać, żeby coś dostać. Przy czym nie zrozum mnie źle, bo nie potępiam fetyszyzmu ani perwersji, ale samolubstwo.

– Skojarzyło mi się z tym, jak kiedyś powiedziałem, że niebywale atrakcyjny węgierski aktor porno Arpad Miklos popełnił samobóstwo. Bez „j”. Niewykluczone też, że są to ludzie, którzy działek mają aż nadto. To znaczy przyjmują. Chociaż ci naprawdę zaawansowani w takich zabawach świadomie rezygnują z ułatwiaczy. Może myślą, że ich wolność to wystarczający wkład? Mogliby mieć w tym trochę racji. 

– No może i tak, ale czy to jest wkład wartościowy? To tak, jakbym ja nazbierał swojemu facetowi gałęzi w lesie i przyszedł do niego, i powiedział, że oto jest cały mój wkład w nasz związek. 

– Nie no, wolność to jednak trochę więcej chyba niż gałęzie…

– No tak, ale ten porywający jaką ma korzyść z tej wolności tamtego? No chyba że tamten umie gotować i sprzątać. Ale z reguły nie umie, bo cioty rzadko to umieją.

– Faktycznie. Wolność to coś bardzo wartościowego dla tego, kto ją oddaje, a dla przyjmującego wcale niekoniecznie. Idea jest może wzniosła, ale się nią nie najedzą ani nie opiorą, jak to zwykle z ideami bywa. 

 

 

– Chyba czuje się lepszy, bo ćwiczy regularnie, choć, jak podkreśla, brak mu silnej woli.

– Jeżeli coś jest uzależnieniem, to poddawanie się mu rzeczywiście nie jest objawem silnej woli…

– Czy ty rozumiesz, dlaczego na tych filmikach różni młodzieńcy uwalniają gazy? I to często w miejscach publicznych, w obecności kolegów lub w kierunku swoich partnerek.

– Nie mam pojęcia.

– Mają takie poważne miny. Jakoś nie wygląda mi to na fetysz erotyczny… Ani na performance. To nawet nie wygląda na żart.

– Wyższa potrzeba. Ale my tu gadu gadu, a tak w ogóle to jak ty trafiłeś na takie materiały?

– Och, pewnie wyobraziłeś sobie zaraz nie wiadomo co, a to zupełnie niewinne! Po prostu szukałem sobie kolęd.

– Kolęd…?

– Tak, wypierdzianych.

– Wiesz, muszę cię zmartwić, ale to nie przemawia za bardzo na twoją korzyść.

– Może moglibyśmy skorzystać jakoś z naszych wad?

– Jakich?

– Wzroku, słuchu. Ty jesteś półślepy, a ja półgłuchy.

– No tak, to razem bylibyśmy jednym niepełnosprawnym, który miałby bilet za darmo, a drugi byłby sprawny…

– Więc wchodziłby za pół ceny jako opiekun!

– A którą stronę masz gorszą?

– Lewą.

– Ja też lewą. To jak byśmy stali do siebie?

– Boko-tyłem. Ja do twojego prawego oka swoim prawym uchem. A chodzilibyśmy bokiem, jak krab, żeby żadnego z nas nie dyskryminować.

 

 

– Nie przepadam za poetami pokolenia Beatników, ale jestem im wdzięczny za całą tę ich rewolucję. Między innymi dzięki niej nie trzeba dzisiaj pisać, używając klasycznych form, ale można, bo oni odbębnili za nas awangardę.

– Ty jutro wstajesz koło dziewiątej, nie? Na którą nastawiasz budzik?

– Na ósmą czterdzieści dwie.

– Czemu akurat tak?

– Nie lubię pełnych godzin.

– Ale dlaczego właśnie ósma czterdzieści dwie?

– No bo osiem przez dwa to cztery, a cztery przez dwa to dwa.

– A gdyby to miała być dziewiąta, jakbyś to policzył?

– Tobym ustawił na dziewiątą siedemnaście.

– Czemu?

– Bo nie lubię, jak mi się powtarzają cyferki.

– Ale konkretnie dlaczego dziewiąta siedemnaście?

– Dziewięć plus jeden plus siedem daje siedemnaście, a cyfry siedemnastki sumują się do ósemki. Lubię, jak się sumuje do ósemki.

– A gdyby to była dziesiąta?

– To ustawiłbym na dziesiątą zero jeden.

– Ale tutaj się przecież powtarzają.

– Tak, ale to jest lustrzane, to co innego.

– Myślałem, że ten twój system jest bardziej przewidywalny, a on jest strasznie uznaniowy.

– To ma charakter estetyczny.

– Jak to?

– No, żeby nie było tak banalnie. Czynność wstawania o określonej godzinie jest na tyle dojmująco banalna, że upiększam przynajmniej to, na co mam wpływ.

Jedni, nie mogąc zasnąć, liczą barany, ja zaś wczoraj liczyłem, to jest czytałem sobie, listę ofiar katastrofy smoleńskiej. Przed obliczem Pana wszyscy są ponoć równi, czyli równo sądzeni będą za swoje uczynki. Na tej liście jednak przy niektórych nazwiskach poumieszczano jak najdocześniejsze tytuły – naukowe, wojskowe, zawodowe kościelne. Nie chciałem, żeby ci, przy których nie umieszczono „dr”, „ks.” lub (sic!) „adw.” lub ci, przy których umieszczono tylko część tytułów byli, excusez le mot, poszkodowani, więc uzupełniłem listę o wszystkie możliwe dające się znaleźć w Internecie tytuły. Rekordzistami byli, w moim prywatnym odczuciu panowie o tytułach:

ks. ppłk pil. mgr lic.*,
bp gen. dyw. dr hab.,
abp gen. bryg. mgr,
wiceadm. mgr inż.,
gen. broni pil. mgr,

chociaż ks. prałat mgr i lek. stom. też wyglądali ładnie.

Niestety, moją baranią edycję cofnięto. Kolega Krasnyj uświadomił mnie jednak, że można to sobie wyświetlić w historii zmian.

———————————————–

* mgr lic. to nie złośliwy żart, tylko zwyczajowy zapis tytułu „licencjat naukowy”, zwany też rzymskim lub kanonicznym, który na katolickich uczelniach teologicznych plasuje się powyżej magistra, a poniżej doktora i uprawnia do wykładania teologii.