Archives for posts with tag: woń

– Nie niszcz turków!

– Co?

– No nie skub turków!

– Jakich Turków?

– To są turki, te kwiatki.

– Aksamitki, znaczy?

– No!

– Wiesz, jak się je inaczej nazywa?

– No jasne: śmierdziuchy.

– A po francusku ich nazwa nawiązuje do Indii. To wszystko przejawy bardzo kosmopolitycznej ksenofobii.

—————————————————————–

Por. kwestia indyjska, zob. też tagetes musagetes.

– Co to są za pieprzniczki nad Aron ha-kodesz?

– Jakie pieprzniczki?

– Te, na których siedzą orły. A może gołębie?

– Nie wiem, może to są chwosty.

– Chwosty tak bez niczego? Chwosty powinny być przy czymś.

– No, to chwosty przy ptakach.

– Zapachniało pleonazmem.

 

Trafiamy do ogrodu z roślinami leczniczymi i nie tylko. Widzę dużą kępę aksamitek; to jedne z nielicznych kwiatów, które o tej porze roku jeszcze kwitną. Rabbio zauważa moje zainteresowanie. Podchodzi i mówi:

– O, śmierdziuchy!

– Tak. Nie wiedziałem, że aksamitka się tak ładnie nazywa po francusku.

– A jak?

Œillet d’Inde*.

– Czyli też śmierdziuch?

—————————————————

* „Indyjskie oczko”.

Bo podobno Murzyni mają nieprzyjemny zapach.

Myślę, że Murzyni pachną raz lepiej, raz gorzej, zresztą tak jak ludzie.

 

Podaję tylko tłumaczenie (własne), bo wiersz i tak jest długi. Oryginał jest np. tutaj. Autorką słów i muzyki oraz wykonawczynią jest Juliette Noureddine.

Na poduszce

Na pewno będzie za gorąco
Za ciemno ale co to szkodzi
Okna na pewno nie otworzę
Drzwi pozostawię też zamknięte
Pragnę zachować aż do śmierci
To co pozostawiłeś u mnie
Na gruzach naszej namiętności
Zapach – twój zapach na poduszce

Pozwól teraz odgadnąć
Te delikatne wonie
Niech węszy niech je tropi
Mój nos jak inkwizytor
Są w tobie takie kwiaty
Których nie umiem nazwać
Które zazdrośnie skrywa
Moja pomięta pościel

Tak kruche jednak to więzienie
Że nawet lekki podmuch wiatru
Starczy by cenne te wonności
Znikły i z życia i z tapczanu

Popatrz odkryłam właśnie tutaj
Ukryte pod oczywistością
Twoich codziennych perfum
Sekretne detonacje
Zatem powinnam je zatrzymać
By ciało dać bezcielesnemu
Aby eliksir twój odtworzyć
Ubrać w niego moje chimery

Na pewno trzej królowie przyszli
By uczcić twoje narodziny
Mówili: przyjmij proszę
I mirrę i kadzidło
A wróżki prosto z bajki
Nad kołyską schylone
Nasączyły lawendą
Twoją skórę twoje oczy

Odgadłem wszystkie te efekty
Tutaj jest odciśnięty jaśmin
Tutaj goździków odrobina
A tutaj ślady benzoiny

Potrafię streścić twe dzieciństwo
Ponieważ tkwi w esencji rzeczy

Łatwo rozpoznać woń wakacji
W ogrodzie obsypanym różami
Babcię i słodkie konfitury
Zapach torebki z podwieczorkiem
Ostre jeżyny słodkie morwy
Nie da się zmyć zapachu dziecka

Cały ten cukier to ty
Cały cukier i miód
Landrynki i słodycze
I migdały w karmelu
Waniliowe dziewczęta
I cytrynowi chłopcy
Aleja grabów latem
I zimowe kasztany

Najchętniej wydobędę
Pieszczotę którą skrywasz
By znaleźć pod choinką
Świąteczną mandarynkę

Oto pośród bukietów
Kwiatuszków  i cukierków
Mój nos się nagle niepokoi
Zapachem który go dobiega

Jest to zwierzęcy zapach
Zapach kondycji ludzkiej
Zapach potu i brudu
Zapach kiepskiej bawełny

A dalej już się skrada
Aromat zagrożenia
Zapach ciała w agonii
W ostatnich prześcieradłach

Zanim potężny władca Czas
Drażniący się z nami okrutnie
Nie uprowadzi twej miłości
Lub mojej ku innej pościeli

Pragnę zachować aż do śmierci
To co pozostawiłeś u mnie
Na gruzach naszej namiętności
Całą twą duszę na poduszce