Archives for posts with tag: z rozpędu

– Czego tam nakupowałeś?

– Pasty, meridol, te wybielające, w promocji były, to wziąłem dwie.

– Weź ty, zacznij rejestrować rzeczy które kupujesz.

– Jak to?

– Bo tydzień temu też były i wziąłeś trzy. Teraz mamy pięć. Szósta otwarta.

– Oj przestań. Zużyje się. Przecież myjemy zęby codziennie… Nawet czasem dwa razy…

– Nie napijesz się za moje zdrowie?

– Piję przecież.

– Aha, na pewno ze skrzyżowanymi palcami. Czy co wy tam, Żydzi, krzyżujecie.

– JEZUSA KURWA KRZYŻUJEMY, BAŁWANIE!!!

 

 

 – „My, ludzie sztuki, artystki i artyści, animatorzy, uczestnicy kultury, by bronić prawa każdego obywatela do nieograniczonego korzystania z dóbr kultury, powołujemy ruch KULTURA NIEPODLEGŁA.”

 – Dlaczego jest „artystki i artyści”, a nie ma „animatorki i animatorzy”, „uczestnicy i uczestniczki”?

– No właśnie! I czemu nie ma „kobiety i ludzie”?

 

 

– Ładny facet.

– Ale w mokasynach na nadmiernie opalonej stopie.

– Mokasyny… Co za obuwie! Zazwyczaj jeśli nie jesteś rodowitym Włochem po czterdziestce, sączącym veneziano na Trastevere, to wyglądasz w tym nieszczególnie. To znaczy on też wygląda nieszczególnie, ale przynajmniej jakby tak… Na swoim miejscu.

– Tak. Mokasyny to przeważnie taki obuw dla taniego czarusia-podrywacza znad Morza Śródziemnego. Włosy na żel, złoty łańcuszek na szyi i brak górnej lewej czwórki.

 

 

– Pracowałem na turnusie z dziećmi rosyjskojęzycznymi.

– A ty mówisz po rosyjsku?

– Nie. Ale to bez znaczenia, bo one w ogóle nie mówią.

– A jaki to kierunek? Zespół Retta? Autyzm?  Surdo?

– Nie, z Kazachstanu.

 

 

– Co pijemy, dziewczyny?

– Ja nie jestem dziewczyną.

– A to niby czemu.

– No, raczej mam fiuta.

– A gdzie…?

– W dupie!!!

 

 

– Idę do szatni. Masz coś?

– Godność!

– A poza tym?

– Mam kurtkę, czapkę. Porządny jestem.

 

 

– Tu jest chyba jeden z najlepszych hoteli w Rzymie.

– A jak się nazywa?

– Eklezjor!

– Hi! Where are you from?

– Here, Warsaw.

– Hmm, you look Chechnian.

*

– Zawsze mi się podobałeś.

– Nic mi o tym wcześniej nie współżyłeś.

*

– Co on powiedział? „My penis is dismal”?!

– Ja tam słyszałem coś ze „small”…

– Aha, w każdym razie jak zwykle przechwalał się swoją karierą naukową.

 

– Parę lat temu mój menadżer zorganizował mi występ na balu charytatywnym w Polańczyku. Miałem zaśpiewać 5 piosenek i tak dalej. No i jechałem samochodem z Izabelą Trojanowską i jej menadżerem, i swoim. Dzień koncertu, ludzi na sali ze 200,  byłem strasznie zdenerwowany, więc wypiłem duszkiem z pół butelki wódki, wchodzę na scenę i zaczynam śpiewać, i jakoś po 10 minutach czuję, jak mnie jebnął ten alkohol, że ledwo skończyłem. Miałem stolik VIP, Iza tam sprzedaje płyty, daje autografy itp., po wszystkim podpisuje dla mnie płytę, a ja mówię jej – jako fan przedwojennej muzyki (o czym ona raczej nie wiedziała) – a więc mówię jej: „Cieszę się, że mogłem być na pani koncercie, bo wszyscy moi ulubieni wykonawcy już nie żyją”. Takiej czerwonej jej nigdy nie widziałem.

– Powiem szczerze, że zaplusował tym u mnie.

– Hm, jak się dobrze zastanowić, to „zaplusował u mnie” to nie brzmi najlepiej…

 

 

– To o której mam jutro wpaść?

– Hm, nie za wcześnie. I ostrzegam, ja po dzisiejszych obchodach mogę być jutro towarzysko niedoskonały…

– Nie ma problemu. Ja towarzysko jestem dla siebie doskonale towarzyski.

– Kto to dzwonił do drzwi?

– A co, obudził cię?

– W sumie nie spałem, czytałem.

– A, to dobrze. Jakiś chłopak.

– Czego chciał?

– Nie aż tak interesujący, żebym chciał z nim dłużej gadać.

– Aha. A jak wyglądał?

– Chciał mnie o coś tam pytać, ankieta jakaś.

– I powiedziałeś, że nie masz czasu.

– Tak. Że nie jestem zainteresowany.

– I co?

– A co miało być… Okej: i wtedy on odwrócił się, i odszedł. A gdy tak stąpał, oddalając się w blasku zachodzącego słońca, krzyknąłem za nim cichuteńko: „Kocham cię…!”.

 

 

– Kto znowu umarł?

– Co?

– A nie, nikt.

– Kto?

– Nikt, to tylko szare zdjęcie.

– Broch mi się z tobą jakoś kojarzy.

– Naprawdę? Przyznam, że nic nie czytałem. Ale oczywiście o nim słyszałem. On napisał na przykład…

– No, to na „ś”. Śśś… Śśśmmm…

– Coś ze śmiechem… „Śmiech Owidiusza”?

– „Śmierć Wergilego”!

Bilety dzięki uprzejmości organizatorów: 0 euro

Czas poświęcony na użeranie się z nimi: 0 minut

Napisać w mailu dziękczynnym: „We would lie to thank you for you kind support…” – bezcenne.

– Znów wiosna, znów dużo czasu spędzam w srebrnych i w zaśniedziałych strzałach PKP. I z tego powodu coś muszę wyznać. Otóż mało co mnie tak irytuje językowo, jak nowa moda w żargonie konduktorów: „Tu u państwa nikt nie dosiadał?”  Co to jest, bydlęcy wagon z końmi? Wojskowy pociąg kawaleryjski? Nie, ani na oklep, ani z siodłem nikt nie dosiadał. A jeśli nie chodzi panom konduktorom o dosiadanie koni, to tym bardziej nie panów sprawa, czy w tym przedziale ktoś dosiadał, czy nie.

– Z grzybami też zamierzasz spróbować?

– ?

–  Ojej, okienka mi się pomyliły, to miało być u Vrubliniego, który upewniał się, że nie lubi truskawek. Przepraszam!

– Ależ spróbuj z grzybami! Podróż może być znacznie ciekawsza, a konduktor może się okazać np. wielką gąsienicą.

 

 

– W jakiej części ciała krewetka ma serce?

– W dupie!

– W głowie… ale podoba mi się twój tok myślenia.

– Tymczasem ja miałem w domu ruską łódkę na baterię. Zrobiona była z plastiku i gdy się ją puściło na głębszą kałużę, pływała w kółko. W lewo albo w prawo. Pamiętam ją dobrze, ponieważ to była pierwsza ruska rzecz, którą miałem na własność. Terkotała i zataczała kółka. Dobrze ją pamiętam. Była szara, ale miała też coś różowego, jak z mięsa. Ledwo wydobyte kształty, ledwo uformowane. Kadłub jeszcze jako tako, bo jednak musiał pływać, ciąć wodę i nie wywracać się do góry dnem, ale nadbudówka to już była inżynieria specjalnej troski. Klocek z ledwo zaznaczonymi, ledwo ulepionymi kształtami nie wiadomo czego. Jakby robili to po ciemku. Miało pływać, więc pływało. Reszta nie miała znaczenia. Była niepotrzebna. Idealiści.

– Czytałem ten fragment, czując coraz większe zdziwienie. No dobra, z plastiku, nietypowo, no i na baterie…? Tak czy siak pływa w kółko. Dziwne trochę, żeby takie coś puszczać, żeby pływało. Jak dobrze zrobione, to nie powinno wręcz pływać. Kadłub, hm, nadbudówka, co za metaforyka. Idealiści? Chyba poeci! Dopiero przy drugim czytaniu zauważyłem, że mowa o ŁÓDCE, nie o KŁÓDCE. Chyba nie zdziwiłem się przez ten fragment: „to była pierwsza ruska rzecz, którą miałem na własność”. Ruska rzecz, no to co tu wiele wymagać…

 

– Niektórzy polscy naukowcy rozumieją już, że to, że coś ma po polsku zniuansowane nazewnictwo, nie musi  oznaczać, że po angielsku jest tak samo.  I że kurczowe trzymanie się niektórych rozróżnień tylko po to, żeby oni czuli się bardziej u siebie, sprawa, że w efekcie czytelnik obcojęzyczny nie rozumie nic. A mógłby chociaż pojąć ogólną ideę.

– A tak to się z tego robi „Thank you from heaven”.

– Masz na myśli „from the mountain”?