Archives for posts with tag: z rozpędu

– Szkoda, że nie mamy tej, no, kaczuszki.

– Czego?

– Oj, kubeczka. Zapomniałem tego słowa, więc użyłem innego, pierwszego lepszego na „k”.

– Cóż, mogłeś w sumie wybrać gorzej.

– Na pochyłe drzewo wszystkie brzozy skaczą.

– Ty, po jakiemu oni mówią?

– Nie wiem, brzmi ładnie. Któryś skandynawski.

– Szwedzki?

– Albo duński. Zapytam. Hey, excuse me, we’ve been trying to figure out what language you’re speaking.

– Have a guess!

– You sound like The Kingdom by von Trier… Is it one of those two?

– Neither…

– So one of the other two?

– There is only one left.

– Well, technically there are two…

– What do you mean?

Bokmål and riksmål.

– How dare you! It’s nynorsk!

– Jesteś śmiertelnie blady.

– A jak ty to robisz?

– Ja tam nie lubię dzieci.

– Znam ludzi, którzy się zarzekali, że nie lubią dzieci i nie będą ich mieć, ale kiedy sami mieli, to mieli.

– Że co?!

– Ups, ja to powiedziałem, a myślałem, że pomyślałem.

– Wielu zapomina, że rodzaj żeński od „sędzia” to też „sędzia”, a „sędzina” to żona sędziego.

– Tak jak „starościna”.

– Właśnie. Ale, ale! Przecież „starosta” kończy się na „-a”. To czy mężczyźni nie powinni protestować? Skoro ma być „ta ministra”, to niech będzie „ten starost”!

– Aha! I „ten ministr”!

 

 

– Wróciłem do ćwiczenia jogi.

– Jogi? Tak po azjatycku?

– Nie, nie, ja nie znoszę Chińczyków i wszystkich tych skośnych.

– Ja w sumie też.

– Naprawdę?

– Prawie naprawdę, a ty?

– Nie no, ja to tak z przymrużeniem oka.

– Środa to mała sobota, tak się mówi.

– To inaczej niż na prowincji.

– O, a co jest na prowincji?

– Poznań.

Manifold… Jak to jest po polsku? „Różnorakość”? „Wielodziwność”? „Mnogogiętkość”?

– Rozmaitość…

– Słuchaj, dzieweczko, ona nie słucha… Żar z rozgrzanego jej brzucha bucha.

– Ja w ogóle nie przepadam za Weihnachtsoratorium.

– Ja lubię pierwszą kantatę, no, wiesz, Ich heisse frolocket.

 

– Widzisz ten napis, „TARGI KIELCE”? Przeczytałem go „TRAGIKIELCE”.

– A skąd ja mam wiedzieć co to za orzech. Laskowy? Głupio jakoś. Ziemnych to wtedy chyba jeszcze nie było.

– To może włoski?

– Może włoski. Ale jak to jest po angielsku? Chestnut to jest nie kalendarz, tylko ten, no, kałamarz. Kandelabr. Kasztanowiec.

– A jak się ma ciocia Jadzia?

– Która?

– Jadzia Mackiewicz!

– A ile ona ma lat? Sto? Sto pięćdziesiąt?

– Nie wiem, ja mam wrażenie, że ci ludzie po dziewięćdziesiątce to już żyją, ile chcą…

– Dla mojej osoby było to legitymizacją. On ma z tym problem, toteż ma bardzo mały przebieg. Zresztą tak jak ja.

*

– Spałem osiemnaście godzin.

– A, to śpij kolejne osiemnaście centymetrów.

*

– Mieliśmy płytę.

– Gratis?

– I dyskietkę!

*

– Apropo ciabatty, ty wiesz, skąd jest ciupa?

– W sensie więzienie?

– Tak.

– No skąd?

– Nie wiem, myślałem, że ty wiesz.

– Dobrze im życzę L’enfer c’est les autres… Ojoj, przepraszam, wkleiło mi się, piszę na laptopie rodziców, mam tu guzik od wklejania itepe obok spacji. Kiedyś mnie to pogrąży.

– …Bo ona kochała Edmunda, który ginie w pocałunku… To znaczy ginie w pojedynkę… Tfu, ginie w pojedynku!

– Ty popatrz, jaki tam siedzi ptaszek na drutach. Turkaweczka taka.

– Duży jest.  To gołąb.

– Nie, to nie gołąb. Jakiś większy.

– Większy? To pewnie kura.

– Kékéket.

– Co?

– A nic, to po pseudowęgiersku.

– To coś znaczy?

– Nic nie znaczy, tak mi się z rozpędu powiedziało.

– Czyżby znowu metajęzyk?

– Daj mi spokój już z tym metajęzykiem.

– „Skiereszowano kurewkie to ja bym nazwal najgorszo.”

– Że co? Co ty właśnie powiedziałeś?!

– No, to był taki przykład użycia metajęzyka. A nie?