Archives for posts with tag: zdziwienie

– No i co zjadłeś?

– Nic nie zjadłem.

– No, przyznaj się, co zjadłeś.

– Mówię, że nic nie jadłem.

– Jak to nic nie jadłeś?! To zjedz coś!

 

 

– Te stwory z twojego zdjęcia mają miny jak z rycin Jana Krzysztofa Kluka.

– Nie zwróciłem na to uwagi, ale masz rację.

– Ale chyba źrenice to raczej innego kształtu powinny mieć? Bo teraz wyglądają jak futro z lisa wyjedzone do cna przez mole…

– No widać, że są tym faktem zdziwione.

– Łał, chyba nie zasłużyłem na taką grubą rurę!

– Grubą rurę? Mówienie na temat to dla mnie zwykła rura. Rurka. Z kremem wręcz!

– Hehe, i wyobraź sobie, że w latach dziewięćdziesiątych na międzynarodowy zjazd przyjechały te kobiety z komsomołu, z Łotwy, z Rosji, nieświadome, że to spotkanie lesbijek!

– Musiały wzbudzić sensację wśród delegatek.

– Noo… One przecież na pewno miały ręce wielkie jak bochny chleba. A wiesz, co takie ręce potrafią zrobić…

– No, wiadomo.

– Na przykład…?

– Sputnika!

 

 

– Ty popatrz, świeci gołą dupą, a w zainteresowaniach ma… „film dokumentalny”!

– Ciekawe, co dokumentujący…

– A ty co, udajesz, że mnie nie poznajesz?

– To było tak niespodziewane spotkanie, że aż cię zignorowałem.

Stłukłem kubek, mój ulubiony, kupiony z Mmm tuzin lat temu, zanim jeszcze zamieszkaliśmy razem, wyłowiony za psie pieniądze na przecenie, na wagę. Ciepłobrązowy, pojemny, smukły, proporcjonalny, z białym gładkim wnętrzem wywijającym się ku krawędzi. Włosi brzeg naczynia nazywają labbri – usta, tak samo jak brzeg rany.

W podobny sposób rozbiłem niedawno bardzo ładny dzbanuszek do mleka ze sklepu wszystko za pięć złotych. Jeden i drugi spadł na podłogę przy odstawianiu po umyciu na suszarkę. Przeceniona równowaga, środek ciężkości nie tam, gdzie trzeba, trochę mokro, ślisko. I leci.

Kubek spada, patrzę przez chwilę, jakbym zastanawiał się, czy nie powinienem zlekceważyć, przełknąć, wyjść, zostawić, ale – nie wzdychając chyba – przyklękam, żeby pozbierać skorupy. Są duże, mają bardzo ostre krawędzie. Minę muszę mieć niepewną; przykucnięty, ociągam się z sięgnięciem po kawałki. Nie jest mi smutno, nie jestem zły. Jestem co najwyżej zdziwiony.

– Coś pękło?

Patrzę na niego trochę nieprzytomnie, trzymając w rękach kawałki potłuczonego naczynia, i nagle dociera do mnie, że powinienem i, co ważniejsze, mogę odpowiedzieć:

– Nie, złożyło się.

Rabbio: Rupert Everett mi się podoba.

Ja: Co? O fu.

Bartoż: To normalne, że mu się podoba.

Rabbio: No, podoba mi się.

Bartoż: Ale czekaj, nadal?!

Przekąski Zakąski. Późno, ale tłok. Ja smętny. W uszach Charpentier, nie integruję się. Stojąc na schodkach, obserwuję salę. Jakichś dwóch się mi przygląda z drugiego końca lokalu. Szczególnie jeden z nich, brązowooki, całkiem całkiem. Może i wydaje się znajomy. Po jakimś czasie podchodzę.

Znamy się?

Nie.

Myślalem, że się znamy.

Możemy poznać.

*

– Tak patrzę i myślę, że wiecie dlaczego tu jest tylu gejów, mimo że to nie jest lokal gejowski? Rozejrzyjcie się. Sami faceci. Prawie nie ma dziewczyn.

No jasne, ja jestem gejem.

Ja też. Ty pewnie nie jesteś.

Jestem, jestem. No popatrz.

*

Dawno tu nie byłem. Jak się rozstałem z facetem, to zacząłem bywać, potem przestałem.

Z kim się rozstałeś?!

Z kim się rozstałeś?!