Archives for posts with tag: zmiana

– Ojej, i zmiana nicka? Co to się zadziało?

– Małe rewolucje w internetach.

– A poprzedni był zly?

– Nieee, nie był zły, chciałem po prostu coś nowego.

– Czasem się chce, to prawda. Ja wtedy przystrzygam brodę o 10% i jestem pod wrażeniem, a nikt inny tego nie zauważa.

 

 

– Uważam, że RODO w katolickim kraju jest nie do pomyślenia.

– A dlaczego? Niesie przecież ze sobą skromność, prywatność, chroni domowe zacisze i godność osoby ludzkiej…

– A bzdura! Promuje promiskuityzm! Teraz po randce ze szczęśliwym finałem trzeba będzie wymazać dane partnera z telefonu i zapomnieć nazwisko!

 

 

 

– Nie mogę nie polubić, jeśli znęty nad Lisztem zostały mi zadedykowane!

– Ja już sam nie wiem, co to będzie – niedawno zaczęły mi się podobać sonaty fortepianowe Schuberta, te ostatnie, łyknąłem też Meyerbeera, jeszcze tylko polubię Haydna, i droga do Liszta otwarta. A potem to już tylko Johannowie Straussowie, Mykietyn i Rubik.

– Cudowna wizja! Może Ci się jednak uda zatrzymać na tym Haydnie.

– Jak to mówią: zaczyna się od jednego skręta, a kończy się na heroinizmie; zaczyna się od kieliszka wina, a kończy się na denaturacie; zaczyna się od lekcji muzyki, a kończy jako pracownik instytucji kultury, oświaty lub nauki!

– I nie wiadomo, co gorsze!

– Wiadomo za to, co przyjemniejsze.

– Czyżbyś sugerował, że powinnam zmienić instytucję?

– Może się okazać z deszczu pod rynnę… Najważniejsze, żeby wybrać sobie właściwy klimat. Pogoda i tak będzie mniej lub bardziej zmienna. Ja tam lubię deszcz.

– I tu się zgadzamy.

– Możemy złożyć parasole i podać sobie ręce.

– Przy najbliższej deszczowej okazji.

 

 

 

– Słyszałeś, że Le Baroque zmieniło nazwę?

– Nie! Co one tam znowu wymyśliły?

– Teraz nazywają się Bearzone Le Baroque.

– Ciekawe czemu…

– Może po to, żeby klienci z arteriosklerozą skojarzyli, że to miejsce dla nich.

– Aha, żeby przypadkiem nie poszły to tego… Jak to się nazywało…?

– Wiem, to takie dla nastolatków… No…

– Przylansowanych w cekinach tańczących na stole twinków… Mam to na końcu języka…

– Ja też… Glamour Party Boy Love?

– Boys Boudoir!

– A, no toć właśnie mówię.

 

– Nic się nie zmieniasz.

– Ty też.

– Ostatnio mi to też mówiłeś.

– Ty mi też.

– To też.

– A to?

– To chyba nie.

– Przechwalała się, że założyła na siebie to, co dekadę temu, bo wciąż mieści się w ten sam ciuch.

– No, to gratuluję trzymania formy! I współczuję braku kasy na nowe ubranie.

– O, nie wiedziałem, że to  jest piosenka Emmy Bunton!

– Kto to w ogóle jest Emma Bunton?

– Członkini Spice Girls.

– Ja nie wiem, czy to dobrze, że wiesz takie rzeczy.

– Tak, bo dzięki temu lepiej rozumiem dzisiejszy świat. No dobrze, dzisiejszy świat sprzed piętnastu lat.

– A w ten weekend jestem słomiany!

– O, toć korzystaj!

– Rzecz w tym, że to bez różnicy. Mam raczej uczucie czegoś takiego nietypowego, nocy świętojańskiej. Bo bardzo rzadko się zdarza, że jestem sam u siebie w domu. Gdy jestem sam gdzie indziej, nie czuję się dziwnie. To właśnie własny dom najszybciej zaczyna dziwić, kiedy się w nim coś zmienia.

– A to tak. Nieswojość. Swego czasu wyprowadzała mnie z równowagi tak mocno, że kiedy mój facet był w podróży służbowej, zapraszałem przyjaciółkę na wspólny weekend, żeby tylko oszczędzić sobie osamotnienia. Przy czym chodziło nie tyle o samotność, co o zmianę właśnie; swego rodzaju nieswojość.

– A ja smakuję ją z pełną świadomością tego, że to test. Jak mi z tym bywa, jak mi z tym jest.

 

[tekst z angielskim tłumaczeniem]

– Ta płacząca ikonka wygląda raczej (zwłaszcza na miniaturce), jakby się śliniła na smutno.

– „Ślinić się na smutno” – bardzo przydatne określenie! Choćby na gorączkę sobotniej nocy. A dokładniej jej ostatni etap, nad ranem, w klubie, gdy nadchodzi last minute i ogólna wyprzedaż.

 

 

– Wreszcie! Możemy się pochwalić eksportem polskiej kultury do Stanów Zjednoczonych. Dobra zmiana dotarła na Greenpoint.     

– Jak patrzę na rząd, to mam wrażenie, że ta dobra zmiana to właśnie z Greenpointu przyszła…

 

 

– Niektórzy bardzo przeżywają swoją trzydziestkę. Ja ten kryzys zaliczyłem jakoś przed nią, a teraz mam luz. A nawet więcej: po raz pierwszy czuję się na swoim miejscu. Dużo ciekawej pracy i współpracy, publikacje, podróże itepe. Ty chyba zresztą podobnie?

– No, ja też jakoś bardzo nie przeżywam utraty młodości. Zdrowia. Chęci do życia, przyjemności, wolnego czasu…

 

Witaj !

– Czy twój związek jest nudny?

– Czy chciałbyś/chciałabyś spędzić z kimś tegoroczny okres świąteczny?

– Czy, z powodu braku czasu wolnego, szukasz przelotnego towarzystwa?

Jeśli twoja odpowiedź brzmi „tak”, dołącz już dziś i zmień swoje życie!

Wyrejestrowanie

– Co robisz? Nie pisz o wiośnie. Może byśmy gdzieś poszli kiedyś, dziś? Ja mam wolne godziny i obroty. Albo jutro. Pojutrze nie.

– O. U mnie się podziało. Jutro tak. 21? O wiośnie zapomniałem. Wszystko zapomniałem.

– Czemu nie. Ale bylebyś nie zapominał o wiośnie. A jako że jest godzina trzecia z minutami, a wiemy przecież, jakie to minuty, to niech mi wolno będzie powiedzieć, iż pragnąłbym.

– To zamieniamy pragnienia na twarze, bynajmniej nie w marynarkach.

– A co się podziało? Zapodziało czy podziało i nie działa? Lub właśnie działa?

– Opowiem, jak się zobaczymy. By burza nie zmiotła i ciebie, i mnie. Tymczasem jestem w międzyczasie. Między budynkami. Dzisiaj bym całował wszystkich. Dziwy to wszelakie.

– Jak kobiety przeżywają dramat, to idą do fryzjera albo do kosmetyczki. Żeby dokonać jakiejś takiej nagłej, poważnej, symbolicznej zmiany. A faceci co mają robić? Więc golimy zarost albo głowę.

– Mnie nie stać na fryzjera i kosmetyczkę, to po prostu golę nogi.

– Ale…

– Nie idźmy w tym kierunku.

– Co ciekawe, ani u nas, ani w Niemczech nie regulują modyfikacji nazwiska w zależności od płci żadne przepisy. Opiera się to wyłącznie na normach językowych.

– Ha! To jestem zdziwiony. Czyli Anna Komorowska ma prawo sobie zrobić dowód na Anna Komorowski? I Anna Grodzki też!

– Nie, bo jej język zabrania. Ale jeśli Polka wyjdzie za mąż za Polaka za granicą, to już może.

– Aha, czyli te normy językowe mają charakter formalny.

– No właśnie nie wiadomo, jak to z nimi jest, tzn. czy mają czy nie mają.

– Czyli „ratunek” dla Grodzkiej to wyjść za zagraniczną lesbijkę, która odziedziczyła po rodzicach lub poprzednim mężu męskobrzmiące nazwisko słowiańskie.

– W sumie tak… Ale Grodzka jest lesbijką?

– Tak! Była heteroseksualnym mężczyzną, a została homoseksualną kobietą!

– A to zboczucha.

– A widzisz! Niektórzy to sobie lubią utrudnić. Czyli w sumie zamieniła kulturowo najlepszy los na taki mocno średniejszy. To w sumie bohaterskie dość.

– Pewnie tak miała od początku. Tylko że tego jej lesbijstwa to nikt nie zauważył nawet.

– No właśnie, szczwana lisica.

– To tak jak prawosławny pedał. Kogo obchodzi, że prawosławny?

– No właśnie. Bo jak czarny, to już co innego. Albo Żyd. To wtedy nie wiadomo, co gorsze.

– Ja myślę, że jeśli czarny pedał, to mało kogo obchodzi, że pedał…

– Ale taki Legierski… Chociaż on półczarny. To i to pedalstwo tak jakoś bardziej znać.

[…] Dzisiaj też nic tędy

nie jeździ. Spokój; i brzozy podrosły,

gałęzie są wyżej, a to tylko lepiej.

Nie będą wadzić. Nawet moje stare

rakiety ciągle (tylko naciąg trzeba

by pewnie sprawdzić) czekają w piwnicy,

 

aż zaczniemy grać. Aż Gruby utyje,

przybierze znowu kształt krągłej baryłki

i wróci z Francji. Aż Zającowi znów

będą się krzywić niesforne jedynki

i przestanie się bawić w dyrektora

banku. Aż Loli (z którą pewnego dnia

zrobiłem prawie trzy tysiące odbić;

przerwaliśmy, bo było całkiem ciemno)

znów zarysują się pod bluzką dwie małe

piersi, a my trzej założymy się, czy

już nosi stanik. […]

 

[Z wiersza Zagrajmy jeszcze raz Szymona Słomczyńskiego]

– Coś by się chciało, jakieś szaleństwo życiowe…

– Na przykład jakie?

– A nie wiem. Jakiś rozwód by się przydał.

– Z zimy gwałtownie robi się lato, tak gwałtownie, że drzewa nie nadążają kwitnąć, a potem się znowu ochładza szybko i pada deszcz z gradem (i tornadem).

– Nie sądzę, bym się zmienił. Może zacząłem trochę mężnieć? Czas zatem znaleźć męża.