Archives for posts with tag: życie

– Lubię zwiedzać cmentarze.

– Ja też lubię, a mój facet to w ogóle uwielbia.

– To jasne. Śmierć nadaje życiu sens. Że człowiek nie zapierdala jak ten chomik w kołowrotku.

– No, przynajmniej kołowrotek się dokądś toczy i wiadomo, dokąd się dotoczy.

– Pomyśl, ona kiedyś mogła być…

– Ładna?!

Trochę ładniejsza.

*

– Ja to miejsce nazywam lejem po bombie, względnie café „Po Schodkach”.

– A ja na to mówię… Miejsce użyteczności publicznej.

*

– Ale pracujesz gdzieś jeszcze?

– A co, ty myślisz, że ja z uniwersytetu żyję?!

– Ja tam żyję z przyzwyczajenia.

– Co dziczek będzie robił?

– Umarł.

– Jak to było? Frauen- co?

Frauenliebe und -leben. Miłość i życie kobiety.

– A Dichter…?

– Tylko -liebe. Poeta to nie ma życia.

 

 

 

– Czyli która śpiewaczka?

– No, zgaduj.

– Nie della Casa, ta szwajcarska arystokratka, która śpiewała w ukryciu przed rodziną pod pseudonimem?

– Nie, nie Lisa della Casa.

– Nie. Nie Cossotto, która była lesbijką i mieszkała ze swoją kochanicą na Korsyce?

– Nie, Fiorenza Cossotto nie.

– Skoro żadna z dwóch, to to musi być Simionato. Którą poznajemy po tym, że nie jest ani della Casą, ani Cossotto.

– Tak! Simionato.

– Co o niej wiemy?

– Że nie była della Casą ani Cossotto, że wcześnie zakończyła karierę i przeżyła sto lat bez tygodnia.

– Powinniśmy mieć program albo audycję pod tytułem „Żywoty diw operowych”, zrobiłby furorę.

 

– Coś by się chciało, jakieś szaleństwo życiowe…

– Na przykład jakie?

– A nie wiem. Jakiś rozwód by się przydał.

– Będzie kolejna książka do stosu pt. „przeczytam, jeśli starczy mi życia”.

– Jest też opcja „przeżyję, jeśli starczy mi czytania”.

– Nigdy nie siedziałem w areszcie.

– Ja masę razy.

– Naprawdę?

– No jasne. Z prostytutkami, wiele mnie nauczyły.

– Serio?

– No co ty, gdybym ja coś takiego przeżył, tobym pewnie umarł.

Myślałem, że Puro teatro jest nie do pobicia w jej repertuarze. Ale trafiłem dziś na Te voy a contar mi vida. Pod spodem moje wolne tłumaczenie krótkiego tekstu tej piosenki.

 

 

Na długo zanim rozkocham cię w sobie,
Na długo zanim się zatrzasną sidła,
Opowiem ci swoje życie.

Chcę, żebyś wiedział, czemu spać nie mogę.
Sądź mnie łagodnie, póki jesteś obok;
Opowiem ci swoje życie.

Chcę, byś mnie kochał takim, jakim jestem,
Żebyś mnie kochał i kochał namiętnie;
Opowiem ci swoje życie.

Byś się dowiedział o mym życiu, świecie,
Pragnieniu, lęku i o tym, w co wierzę,
Opowiem ci swoje życie.

Na długo zanim rozkocham cię w sobie,
Na długo zanim się zatrzasną sidła,
Opowiem ci swe życie, póki jesteś obok.

 

 

[…]

Podobny ptakom, obudzi się ze dniem.

Jeszcze spoczywa pod pościelą białą,

dopóki zszyta snem i zszyta śniegiem

toń między duszą a uśpionym ciałem.

Posnęło wszystko. Jeszcze kilka wierszy

szczerząc swe zęby, na kształt zwarty czyha:

że miłość ziemska – tylko rzeczą piewcy,

miłość niebieska – tylko ciałem mnicha.

Na jakikolwiek młyn ta woda spada,

to samo ziarno młyn na mąkę miele,

jeśli nam życie z kimś dzielić przypada,

to któż śmierć naszą będzie z nami dzielić.

[…]

 

[J. Brodski Wielka elegia dla Johna Donne’a, tłum. W. Wirpsza]

– Co robisz jutro?

– Mam randkę o 18.00.

– A wiesz już z kim?

Otrzymałem dziś taką wiadomość od nieznajomego:

Dzień dobry, kocham swój profil. Byłbym bardzo zadowolony, jeśli spełnione. Jestem pewien, że jesteś bardzo interesującą osobą. Szukam mężczyzny do poważnego związku. Niestety, muszę biec do pracy. Byłbym bardzo zadowolony, jeśli możesz napisać do mnie maila. Ja czekam na Twój list.

Z wielkim szacunkiem

Xxx

– Agata Christie o życiu po pięćdziesiątce:  „Jakże rozkoszowałam się ową drugą wiosną, która nastaje, kiedy człowiek kończy z życiem uczuciowym, z budowaniem związków, kiedy nagle – powiedzmy, po pięćdziesiątce – odkrywa zupełnie nowy świat, wypełniony myśleniem, studiami, lekturą. (…) Przez dłuższy czas życie osobiste pochłaniało całą energię, teraz znów można się rozejrzeć dookoła.”

– Czy ty nie masz wrażenia, że po trzydziestce już też tak jest? No, może nie z miłością, nie z życiem osobistym, ale z seksem.

– Seks? Seks? Jaki seks? Co to jest seks? Słyszałem kiedyś, że ludzie coś takiego uprawiają.

– Dzień dobry! Wstajesz wreszcie?

– Hmmm…

– Nina Andrycz nie żyje.

– To czemu mi od razu nie mówisz, zerwałbym się z łóżka natychmiast. Nareszcie. Chociaż nie: kilkadziesiąt lat za późno. Nienawidzę jej.

– Ja też.

– Ale wcale nie za to, że była złą aktorką. Jak pomyślę, ile ta nomenklaturowa miernota agresywna wygryzła i zniszczyła dobrych aktorek…

– Na przykład Eichlerównę.

– A kto to był?

– No właśnie.

– Poza tym wiesz, jakie ona koszmarne wiersze pisała?

– Domyślam się.

– To była aktorka pełną gębą. Nawet poezja w jej wykonaniu to był dramat.

 * * *

Nina Andrycz

Tancerka

Cały ciężar rozgrzanego ciała
na dwóch palcach oprzeć umiem.
Oto wbiegam, lecę nad tłumem
aż nierealnie biała
tajemnicza, bo niema
łabędzica z muzycznych jezior
Czajkowskiego
Szopena.

Prócz baletmistrza uczą mnie elfy
pedagodzy najmilsi, choć kapryśni.
Już oddałam im lustra z Wenecji
oddam jeszcze złote beryle
ale wiem –
elfy mogą mnie opuścić
mogą zniknąć.

Tak w jednodniowej glorii motyla
dwoję się między lotem a bólem.
Zamiast dzieci mam dobre sezony.
Boję się szału jak Niżyński
ciemnych schodów
górskich przełęczy.
Ale broni mnie uśmiech
ten piruet na twarzy
młodzieńczej
raz na zawsze.

[z tomu To Teatr, 1983]

Rubuk ma potężne komputerzysko, od niepamiętnych czasów zwane Kostuchą, służące mu za serwer i nie tylko. Przenieśliśmy do niego mój dysk, żeby dokonać napraw uszkodzonych sektorów i wywabić ewentualne wirusy, robaki i tym podobne. Podsumowujemy skuteczność tych działań.

– Kostucha nie usunęła wirusa, ale dysku można używać.

– Kostucha nie usuwa wirusów, tylko nosicieli.

– Wirusy też czasem, one też są śmiertelne.

– Tylko przy założeniu, że w ogóle są ożywione.

– Zostało mi 1h 23min życia. Więc poświęcę ten czas na przesłuchania nowej płyty Dido i swoje ulubione artykuły. Może jednak ktoś mnie uratuję.

– Ja zwykle oddzielam tego rodzaju zabawy od życia, choć kusi mnie czasem, żeby zrobić inaczej.

– W sumie dobre podejście, ale może czasem z życia wyjść fajna gra wstępna.

Otóż najlepiej tak jak ja wczoraj pójść na trzech kompozytorów, z których jednego nie znam, a za pozostałymi dwoma nie szaleję i to na utwory, w których instrumentami solowymi są flet i skrzypce – instrumenty najgłębiej mi obojętne. Dzięki temu byłem pozbawiony oczekiwań, czyli rozczarowanie nie wchodziło w grę, a wszystko, co było niezłe, odebrałem jako dobre.

A nawet udało mi się nieco wzruszyć IV koncertem skrzypcowym Schnittkego, którego, przyznaję nie bez zakłopotania, słuchałem po raz pierwszy w życiu. Poza tym jest coś poruszającego w słuchaniu koncertu w wykonaniu skrzypka, dla którego został napisany. Nie wiem, czy to nie jest za łatwe wzruszenie, ale cóż, może każdy ma taki pop na jaki zasłużył.

 

Mrówkodzik skończył dziś dwa lata.

Zmieniał się przez ten – zaskakująco dynamiczny – czas razem ze mną, no, powiedzmy, że dreptał za moim świńskim truchtem, przechodzącym czasami w sprint, który kończył się zadyszką. Będąc z tyłu, sygnalizował to i owo z właściwym sobie niedostatkiem wyrafinowania. Przede wszystkim podkreślił boleśnie, że właśnie i tylko tutaj da się popoprawiać przeszłość, naprawić literówki, cofnąć grube błędy, wywalić całe fragmenty, opóźnić jedne wpisy, antydatować drugie. Z tagowania bieżącej przyszłości i sortowania przyrastającej przeszłości nie płynie jednak tyle pewnego, sytego spokoju kronikarza, na ile bym liczył.

A to dlatego, że dostęp do tego katalogu jest poniekąd jak wypatrywana przez pacjenta diagnoza – po jej wygłoszeniu następuje przeważnie wielkie nic, od czysto frazeologicznego po jak najbardziej dosłowne. Na początku jest może radość albo smutek, euforia albo zniechęcenie, ulga lub zatrwożenie (te dwa ostatnie, paradoksalnie, ściśle współpracują), ale to chwila, a dalej? Dalej mamy do czynienia z jedną z wielu odmian niczego: nic się nie zmienia albo naprawdę wszystko  się zmienia, chociaż nic się nie zmieniło, albo nic się nie zmienia, chociaż tyle się zmieniło, względnie: wszystko się diametralnie pod każdym względem zmienia, ale wtedy to już że ho. To się odnosi do tu i teraz oraz niedaleko i wkrótce.

W szerszym sensie nic jest i tak zawsze na horyzoncie, który przecież kiedyś przestaje oddalać się wraz z ruchem obserwatora naprzód. Wtedy pewnie coraz dokładniej widać detale tego, co się ma przed sobą, i całokształt tego, co się ma za plecami, o ile można się w ogóle odwrócić. Tak czy inaczej ta świadomość nie jest, przypuszczam, specjalną niespodzianką, i niewiele niby zmienia, ale znowu: niewiele zmieniając, wiele zmienia i tak dalej. O ile dalej… Oczywiście, nie przesadzajmy, mrówkodzik jest o wiele za ruchliwy jak na kamień nagrobny, co nie znaczy, że nie kuśtyka niekiedy mementem, pokwikując epitafiami, choć przecież często bryka skocznie i – zachowując wszelkie (czy aby?) proporcje – z fantazją.

Na żywym dziku nie da się podzielić skóry, z czego wypływa tyleż otucha, co zwątpienie. Nie dziwne, że te także są nierozłączne, skoro są dwustronnym żądłem tego samego błędu.  Są zabawkami Oczekiwania, które wyrastało w rodzinie patologicznej. Jedną siostrą Oczekiwania jest bowiem Nadzieja, drugą – Obawa. Obie po przejściach z systemem edukacyjnym, na koncie z wyrokami za poważniejsze przestępstwa. Za ojca mają Brak (nie był notowany), ale są z różnych matek: Nadzieję wykarmiła Ułuda (puszczała się i handlowała prochami), a Obawę – Wątpliwość (myślała, że jest cnotliwa, ale to jej nikt nie chciał, żyła więc z szantażu); możliwe, że obie były, jak zwykle, pod wpływem i stąd niezrównoważenie potomstwa. O matce Oczekiwania wiadomo niewiele. Niektórzy twierdzą nawet, że było podrzutkiem do okna życia i nie poznamy jego prawdziwych rodziców, wiadomo nam za to o surowym, acz niezbyt konsekwentnym wychowaniu, jakie otrzymało w rodzinie, która je przyjęła i, co ważniejsze, którą ono uznało za własną.

Jak do tego doszło? Co się wtedy działo? Co będzie z nim dalej? Na razie daruję sobie odpowiedź, chociaż daruję sobie to nie jest chyba, nomen omen, najszczęśliwsze sformułowanie.

– Akceptacja truizmu jako manifestacji wiedzy jest chyba ważnym krokiem.

– No właśnie ostatnio poraziła mnie ilość truizmów pasujących do mojego życia. Ale podoba mi się twoja interpretacja.

– To próba obrony resztek godności przez odrzucenie samego jej konceptu, hihi.