Archives for posts with tag: obecność

– Czy Mozart napisał jakieś trio?

– Chyba nie. Pewnie nie było go na lekcji, gdzie omawiano liczby nieparzyste.

– Ale kwintet napisał.

– Bo myślał, że to kwartet, ale źle policzył.

– A taki Schubert to był prymusem – do nonetu zrobił! Musiał nie opuścić żadnej lekcji.

– Możliwe. Przeważnie bywa równie interesujący co kujon, który ma sto procent obecności i tyle polotu co wypchany myszołów w pracowni biologicznej.

– Wiesz co, okazuje się, że Mozart jednak napisał tria, i to z dziesięć.

– Pewnie przez sen.

– Jedno nawet w tonacji mollowej, ale nieukończone.

– Nie zniósł tak długiego kontaktu z tonacją niedurową. Pewnie dlatego pisanie rekwiem go zabiło.

 

Torquato: Poproszę mojito.

Kelnerka: Ale obawiam się, że nie mamy już limonek.

Torquato: To co może pani zaproponować?

Kelnerka: Nie wiem. Chyba nic.

Torquato: A czy można by je zastąpić cytryną?

Kelnerka: Chyba tak, ale nie gwarantuję, jak to będzie smakować.

Torquato: No dobrze, to zaryzykuję. Poproszę z cytryną.

[Kelnerka notuje i odchodzi]

Torquato [po chwili ciszy, z galanterią]: Ach, mój drogi, gdyby nie twoja obecność, zdemolowałbym ten lokal.

Że bez realizacji, to jeszcze nie bez wpływu. Ja się kocham w jednym takim, i też bez wpływu na życie, w sensie: na codzienność, ale ogólnie z dużym wpływem. Ta rozpacz zaczyna mi się jakoś podobać.

Ja od rozpaczy mam byłe związki, całą, dziękuję uprzejmie, kostniczkę. Jest to oczywiście kostniczka uprawna, zapładniająca duchowo, pozwalająca kontemplować cierpienia, hodować teksty i takie tam.

 

L’absence n’est-elle pas pour qui aime la plus certaine, la plus efficace, la plus vivace, la plus indestructible, la plus fidèle des présences?

Czyż nieobecność nie stanowi dla kochającego najpewniejszej, najskuteczniejszej, najżywotniejszej, najodporniejszej, najwierniejszej ze wszystkich obecności?

[jakiś wiersz młodego Prousta, tłum. mrówk]