Archives for posts with tag: muzyka

– „Nad gmachem Europejskiego Centrum Muzyki w Lutosławicach śpiewają skowronki. A w środku rozbrzmiewają instrumenty.”

– A nie wiatry z artystycznego wzdęcia u geronta, którego przedsiębiorcza żona zbiera każdy pierd do relikwiarza jako skarb narodowy?

 

 

– Dotarło do mnie właśnie, jak drastynicznie, tragopitulicznie durne jest wymyślone przez Jacka Cygana – bo kogóż by innego! – sformułowanie „mój sokole gromowładny”. WTF?! Aż się człowiekowi chutor w burzanie otwiera.

– Oj tam, oj tam. A “Galileo, Galileo, Galilileo let me go! Let me go! Bismillah let me go! Scaramouche, Scaramouche will You let me fandango?” Czy jakoś podobnie. Głupie? Głupie. Genialne? Genialne. Nie mieszajmy „rejestrów”. Co, oczywiście, nie znaczy, że „Dumka” jest genialna. Ale Cygan ma na koncie kilka evergreenów.

– Moim zdaniem ten tekst Queenów jest świetny na wiele sposobów – głównie dlatego, że coś wnosi, burzy, pobudza estetycznie. Cygan zazwyczaj robi coś przeciwnego. Kołysze polskiego cebulaka w jego snach z pasztetowej i salcesonu. Evergreeny – może i tak, ale wiecznie zielone dlatego, że są z plastiku.

 

 

– Chciałem podrzucić do słowniczka: „lalalizm”, czyli wokaliza – może być „la la la” albo „o-o-oo”… Albo inne cóś – celem nabicia ZAIKS-u, który płaci od minuty wykonania.

– Taka wierszówka-nutówka! Czasówka. To chyba rodzaj bardzo niekorzystnej pożyczki. A nie, to chwilówka.

– Owszem, wysoko oprocentowana uszyma odbiorców.

– I poddana bezlitosnej windykacji estetycznej.

 

 

 

– Dziczek od kilku dni chodzi po domu i nuci „Falke, Falke…”. Nie wiem dokładnie, ale może przechodzi jakąś metamorfozę w sokoła, albo mu się „Kobieta bez cienia” przypomniała (mam nadzieję, bo nie do końca wiem, czym się karmi sokoły żyjące w blokowych mieszkaniach).

– Ja cię bardzo przepraszam, ale według dzisiejszych standardów deweloperskiej nowomowy nasze 50 metrów kwadratowych w kilkupiętrowym bloku z lat 50. to nic innego jak APARTAMENT w SECESYJNEJ KAMIENICY! Trochę godności!

 

– Umieram ze śmiechu, kiedy czytam o audiofilskim sprzęcie i subtelnych różnicach w brzmieniu – najczęściej takimi szczegółami onanizują się ludzie, którzy nie rozróżniają toniki i dominanty, nie wiedzą co to alteracja, tryton, pentatonika anhemitoniczna, chromatyka, nie potrafią rozpoznać metrum, synkopy, rytmu punktowanego, nie odróżniają oboju od rożka angielskiego, violi da gamba od wiolonczeli i sopranu od altu… Jest to z ich strony w pełni zrozumiałe: łatwiej jest szczycić się tym, że się wydało na coś kupę forsy, niż zdobywać wiedzę pozwalającą naprawdę dowiedzieć się czegoś o muzyce.

Zögernd, leise,
In des Dunkels nächt’ger Hülle
Sind wir hier.
Und den Finger sanft gekrümmt,
Leise, leise,
Pochen wir
An des Liebchens Kammerthür.

Doch nun steigend,
Schwellend, hebend,
Mit vereinter Stimme, laut
Rufen aus wir hochvertraut:
Schlaf du nicht,
Wenn der Neigung Stimme spricht!

Sucht’ ein Weiser nah und ferne
Menschen einst mit der Laterne;
Wie viel seltner dann als Gold,
Menschen uns geneigt und hold?
Drum, wenn Freundschaft, Liebe spricht,
Freundin, Liebchen, schlaf du nicht!

Aber was in allen Reichen
Wär’ dem Schlummer zu vergleichen?
Drum statt Worten und statt Gaben
Sollst du nun auch Ruhe haben.
Noch ein Grüßchen, noch ein Wort,
Es verstummt die frohe Weise,
Leise, leise,
Schleichen wir uns wieder fort!

 

Opus rectum to również „prawe, słuszne, szczere dzieło”.

– To bardzo prawdziwe. Naprawdę szczere!

– I głębokie. Biorąc pod uwagę, ile jelita mają metrów, to wszystko to, co się z nich wydostaje, reprezentuje chyba najgłębszą głębię człowieka.

– Widziałeś, będą robić w przyszłym sezonie „Peleasa i Melizandę” w operce.

– O w życiu…  To powinny być mgły nad głęboką, krystaliczną tonią, jak jezioro w jaskini. A w ich wykonaniu będzie to bagienko…

-… Nad którym unosi się podejrzany smrodek.

 

 

– Po tym przedstawieniu miałem przez parę chwil uczucie, że świat ze stu dwudziestoma milionami Japończyków jest za mały dla nich i dla mnie naraz. Chyba popełnię harakoro.

– Raczej harakiri?

– Nie, harakoro. Połączenie samobójstwa z koro. Typowo azjatycka przypadłość polegająca na tym, że się człowiek nadyma honorem i tradycją do tego stopnia, że zupełnie traci jaja. A przynajmniej jajo.

 

O weh, Falke, o weh!
Wo kommt sie her! Wehe, o weh!
Menschendunst hängt an ihr,
Menschenatem folgt ihr nach,
wehe, daß sie mir lügen kann –
wehe, daß sie nun sterben muß!
Pfeil, mein Pfeil, du mußt sie töten,
die meine weiße Gazelle war!
Weh! da du sie ritztest, ward sie ein Weib! –
Du bist nicht, der sie töten darf.
Schwert, mein Schwert, du mußt auf sie!
Weh, ihren Gürtel hast du gelöst –
du bist nicht, der sie töten darf!
– Und meine nackten Hände! Weh!
Meine Hände vermögen es nicht!
Wehe, o weh!
Auf, mein Pferd, und du, Falke, voran!
und führ mich hinweg von diesem Ort,
wohin dein tückisches Herz dich heißt,
führ mich in ödes Felsengeklüft,
wo kein Mensch und kein Tier meine Klagen hört!
Wehe, o weh!

– Jak to jest z tego rodzaju produkcją artystyczną, że ludzie dają się na nią nabrać ?

– Bo nie słuchają, bo nie czytają. Są zachwyceni z góry. Zachwyt wypływa a priori z wnętrza odbiorcy albo zostaje mu narzucony przez tłum lub tak zwany autorytet. Odbiorca w głębi duszy czuje, że nie jest godny uniesienia; czuje się niepewnie wobec kontaktu z tym, co sprzedaje mu się jako wielką sztukę. Staje się więc głodny przynależności do tłumu, który się unosi i porywa go z sobą. Zachwyt następuje przed kontaktem z dziełem i jakość utworu, wykonania, przekładu, nie ma z nim wiele wspólnego. Jest sztuka, więc należy się zachwycić.

– Aha, to jak z tym, że kiedy się człowiek nawali, to poleci na byle kogo?

 

Perfectus magnus et asinus gaudeamus sum
De mare vici nostra salve hoc referendum
Delirium tremens re actore duae futurae
Cogito ergo sum quo vadis tace nebulae

Et nec Hercules contra plures nobilissimus
Facere gratias tuas vulva culpa oremus
Errare est humanum sanctus verbum nobile
Tabula rasa morphinum perpetuum mobile

[sł. Ryszard Kula]

*

Największym osłem jesteś z osłów, więc zabawa wre,
Gdy raz dokonasz już wyboru, z morzem witaj się.
Choć drżysz, na przyszłość swą niepewną wciąż wejrzenie miej,
Myślisz, więc jesteś, krocz swą drogą, milcz i płyń wśród mgieł.

Gdy ludzi kupa, to nie zawsze warto wypiąć się.
W sromie i winie modłów zbożnych wielka siła jest,
Bo choć rzecz ludzka błądzić, święte słowo ma swą moc,
Więc z czystą kartą rusz, by grzechów znów popełnić sto!

[tłum. mrówkodzik]

– Parę lat temu mój menadżer zorganizował mi występ na balu charytatywnym w Polańczyku. Miałem zaśpiewać 5 piosenek i tak dalej. No i jechałem samochodem z Izabelą Trojanowską i jej menadżerem, i swoim. Dzień koncertu, ludzi na sali ze 200,  byłem strasznie zdenerwowany, więc wypiłem duszkiem z pół butelki wódki, wchodzę na scenę i zaczynam śpiewać, i jakoś po 10 minutach czuję, jak mnie jebnął ten alkohol, że ledwo skończyłem. Miałem stolik VIP, Iza tam sprzedaje płyty, daje autografy itp., po wszystkim podpisuje dla mnie płytę, a ja mówię jej – jako fan przedwojennej muzyki (o czym ona raczej nie wiedziała) – a więc mówię jej: „Cieszę się, że mogłem być na pani koncercie, bo wszyscy moi ulubieni wykonawcy już nie żyją”. Takiej czerwonej jej nigdy nie widziałem.

– Jest napisane, że Jacek Marczyński widzi w niej jedną z ciekawszych postaci nowego pokolenia europejskich dyrygentów…

– Widzieć może i widzi. Sęk w tym, że on nie słyszy.

 

 

– I jak się bawiłeś?

– Nieźle, choć momentami czułem się nie na miejscu. Jak wtedy, kiedy z głośników leci jakaś rockowa dominanta nonowa bez prymy, a ja gwiżdżę w butelkę i mam tam tonikę.

 

Allerseelen

Stell auf den Tisch die duftenden Reseden,
Die letzten roten Astern trag herbei,
Und laß uns wieder von der Liebe reden,
Wie einst im Mai.

Gib mir die Hand, daß ich sie heimlich drücke
Und wenn man’s sieht, mir ist es einerlei,
Gib mir nur einen deiner süßen Blicke,
Wie einst im Mai.

Es blüht und duftet heut auf jedem Grabe,
Ein Tag im Jahre ist ja den Toten frei,
Komm an mein Herz, daß ich dich wieder habe,
Wie einst im Mai.

[Hermann Gilm]

– Nagle poczułem, że jak natychmiast nie pojadę chociaż na trzy dni do Włoch, to zwariuję.

– Myśmy wczoraj kupili, w dobrej cenie, bilety do Włoch. Na luty…

– Na razie robię, co mogę.

– Tyle w tym energii, mimo patologii zatok i krtani!

– Prawda? Bardzo też lubię to , głównie ze względu na efekt komiczny pt. „Mała dziewczynka pod postacią małego chłopca śpiewa obok dużej dziewczyny pod postacią wielkiej baby”.

– Rany boskie, kto wytrzyma cały koncert złożony tylko z utworów Varèse’a i Zappy?

– Może berlińskie cioty na to lecą?

– No, może tak, to mogą być supersnobki.

– Albo wietrzą okazję – skoro będzie taka nuda, to cała sala odpali Grindra…